Katastrofy, egzekucje, mutacje, śmiertelne wypadki, perwersje - forum bez tabu - HcFor
Zarejestruj się FAQ Lista użytkowników Kalendarz Szukaj Dzisiejsze posty Zaznacz Wszystkie Fora jako Przeczytane
Witamy na HCFOR.pl - Forum bez tabu!!!
Zapraszamy do rejestracji, która umożliwi korzystanie z wszystkich funkcji naszego forum.
Zapomniałem hasła


Bestiarium
Wróć   Katastrofy, egzekucje, mutacje, śmiertelne wypadki, perwersje - forum bez tabu - HcFor > Light Corner > Ciekawe Artykuły i Materiały Video

Odpowiedz
 
LinkBack Narzędzia wątku Przeszukaj ten temat Wygląd
  #1 (permalink)  
stare 01-09-2008, 13:34
Avatar zisk
Founder
 
Zarejestrowany: Jun 2008
Reputacja: 26935
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Postów: 9,224
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Domyślnie Jestem sztuką - modyfikacje ciała

Jestem sztuką

Tatuaż, kolczyk w nosie czy penisie, to banał. Teraz żeby zaszokowć, trzeba mieć kolczasty pióropusz na głowie, rozcięty na pół język albo rogi na czole. Ekstremiści ekstremistów decydują się nawet na obcięcie nogi. Azaczęło się niewinnie. Modą na operacje plastyczne, które miały poprawić samopoczucie. Mała korekta nosa, uszu, powiększenie piersi. Gdy kanon urody, czyli lalka Barbie, został dopracowany w każdym szczególe, okazało się, że jest on w złym guście.

I nastąpił ruch w drugą stronę, czyli operacje, które są zaprzeczeniem owego wzorca. Prekursorką w dziedzinie modyfikacji swojego ciała jest francuska artystka Orlan, autorka manifestu zatytułowanego "Sztuka cielesna" . Poddana nagłej operacji w 1978 roku, wpadła na pomysł sfilmowania zabiegu na samej sobie. Tak zaczęła się kariera tej artystki, dla której ciało jest tworzywem, skalpel dłutem. Czternaście lat później, podczas siódmej operacji, kazała sobie wstawić silikonowe implanty po obu stronach czoła.

Artystycznym przemianom za każdym razem towarzyszą kamery, operacja jest transmitowana przez satelity do wybranych galerii. Orlan w każdym szczególe przygotowuje jej scenariusz. Stroje chirurgów, dekoracje, pracę kamer. Jeśli zabiegi na to pozwalają, artystka w ich trakcie czyta teksty poetyckie czy filozoficzne. Maluje też zakrwawionymi palcami.

Rogi na życzenie Dziś zmieniają swoje ciała nie tylko artyści, a i przebieg owych modyfikacji odbywa się przeważnie poza zasięgiem kamer. Takie zabiegi są coraz popularniejsze w USA, Wielkiej Brytanii, Francji. Chętni Polacy mają najbliżej do Berlina. Ale chętnych, na razie, raczej u nas nie ma. - Myślę o modyfikacji ciała, ale póki mieszkam w Polsce, to tego nie zrobię - przyznaje Karol z warszawskiego studia tatuażu. - Nie chcę awantur na ulicy, zaczepek. Taka modyfikacja jest zaprzeczeniem wszelkich panujących u nas ideałów. Może podobna tendencja pojawi się w Polsce za parę lat.

Zabiegi "upiększające" dokonywane są nie przez chirurgów, ale przez tak zwanych rzeźbiarzy ciała. Steve Haworth to największy na świecie artysta tworzący trójwymiarowe dzieła w materii, jaką jest ludzkie ciało. Steve wychował się w rodzinie producentów sprzętu medycznego. - Wakacje spędzałem wśród skalpeli - wspomina na stronie internetowej. Wszczepił poduszki powietrzne około 170 pacjentom, z tego prawie 40 na penisach. Podskórne rogi na czole kosztują u niego 600 dolarów. Zabieg trwa od 10 minut do pół godziny. - Zależy jaką pacjent ma tkankę - tłumaczy Haworth. - U niektórych wchodzi jak w masło, u innych jest trudniej. Steve ma współpracownika, który zajmuje się miejscowym znieczulaniem. - Ból jest mniejszy niż przy piercingu (kolczykowaniu), bowiem odrywanie skóry od ciała nie wiąże się z uszkadzaniem jakichś nerwów. Dużo też zależy od indywidualnej wrażliwości. Niektórzy mówią potem: nie było tak źle, a niektórzy: w życiu mnie tak nie bolało.

Po zabiegu można się spodziewć kilkudniowego obrzęku, a jeśli implant jest na głowie, klient odsyłany jest do lekarza po antybiotyk. Ryzyko zakażenia rośnie przy implantach transdermicznych, czyli takich, które wystają przez skórę. Zdarzają się też wypadki, że ktoś, np. wsiadając do auta, zawadzi metalowym porożem o drzwi i odłupie je sobie. - To nic, przytwierdzamy róg powtórnie - uspokaja rzeźbiarz. Steve pracuje nad rozwojem nowego typu implantów penisowych. Są to stalowe wkładki, obejmujące penis od dołu, po bokach lub od góry.

Zmienia też kształt uszu, np. usuwa całkowicie dolną część ucha, a w górnej rzeźbi chrząstki tak, że kształt jest niepowtarzalny. Przychodzą też do niego pary, żeby im wszczepić obrączki pod skórę, na przykład na czole.

Ostatnio eksperymentuje z koralem. Wszczepiony koral zostaje do tego stopnia przyjęty przez organizm, że tworzą się w nim naczynia krwionośne i upodabnia się on do kości. Steve czuje się trochę szamanem. Dla wielu ludzi modyfikacja ciała to rytuał, który przeżywają bardzo emocjonalnie. Oczekują od wykonawcy, żeby nie traktował tego rutynowo, chcą, żeby szanował ich przeżycie, i Steve to potrafi. A konsekwencje prawne takiej działalności?

- Rzeźbiarz ciała może się powołć na poprawkę do Konstytucji USA - tłumaczy. - Ma prawo do wolności wypowiedzi, jest artystą, a ciało to tworzywo. W 1994 Shannon Larratt zaczął oglądć w Internecie strony artystów od rzeźbienia ciała. Założył własną, na której umieścił zdjęcia swoich tatuaży. Dziś notuje pół miliona wejść tygodniowo na stronę. To daje niejakie pojęcie o skali zjawiska. Shannon interesował się modyfikowaniem ciała "od zawsze". - Nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy - zwierza się w Internecie. - Chyba od dziecka. To coś jak preferencja seksualna, rodzisz się z tym. W wieku dziesięciu lat wygryzałem sobie dziury w jamie ustnej i przeciągałem przez nie druty. Potem trochę się nacinałem, aż do szesnastego roku życia. Miałem wielokrotnie przekłute uszy, sutki i wędzidełko.

Wykonałem też samodzielnie kilka tatuaży. Plemienny tatuaż na bicepsie, czaszkę na łydce. Później zaczęły się tatuaże i piercingi bardziej profesjonalne. Wypalenie piętna (zwane skaryfikacją) na prawym bicepsie, pełne piętnowanie torsu, ściskanie ucha. Z początku nie była to chęć osiągnięcia konkretnych celów, tylko ogólnikowe dążenie do samookaleczeń.

Język na pół Shannon ma też rozdwojony język. Podobno to banalny zabieg. Szybko się goi, daje mniej skutków ubocznych niż np. kolczyk w języku. Pierwszego takiego zabiegu dokonał ponoć pewien włoski dentysta. Polegało to na wykonaniu pięciomilimetrowego nacięcia i ponownym rozcinaniu, gdy tylko rana się goiła. Inna metoda polega na związaniu końcówek żyłkami tak, aby nie mogły się z powrotem zrosnąć. Taki język robi piorunujące wrażenie na kobietach. - Oprócz nielicznych, które się brzydzą, reagują wielką ciekawością - opowiada Shannon. - Jestem zadowolony z tej modyfikacji. Polecam. Shannon porównuje zabiegi do chirurgii plastycznej. O ile jednak korekcja nosa, uszu, piersi u chirurga plastyka na ogół ma zbliżć do zachodniego ideału piękna, to piercing i tatuaż od niego oddalają. - Zwróćmy jednak uwagę, że są plemiona, gdzie szczytem urody jest tatuaż czy moneta w przebitej wardze - tłumaczy Shannon Larratt.

Ofiara z palców Według Shannona, powinno się unikć zbyt radykalnych modyfikacji, np. odcinania ręki czy nogi. Nie znaczy to, że na takie okaleczenia nie ma chętnych. Roger Kaufman, piercingowiec uszny, uznany "rzeźbiarz" stóp, ma na koncie dziewięć amputacji palców u stóp. Kaufman nazywa swoje okaleczenia rytuałem i zalicza je do wydarzeń artystycznych. Innym bohaterem jest "doktor" John Brown, aresztowany w 1998 roku, pod zarzutem praktykowania medycyny bez uprawnień i spowodowania śmierci. W mieszkaniu 75-letniego wówczas Browna policja znalazła zakrwawione ręczniki, kasety wideo z nagraniami setek operacji. Działalność "doktora" Browna mogłaby się rozwijć bez przeszkód, gdyby nie drobna wpadka: przy okazji dokonanej w hoteliku na przedmieściach San Diego amputacji nogi wywiązała się gangrena i jego 80-letni pacjent zmarł.

Rytuały okaleczania przypominają rytuały inicjacyjne w prymitywnych społecznościach. Dorastający osobnik musiał wykazć się odpornością na ból, zanim przyjęto go do grona dorosłych. W niektórych plemionach do dziś dziewczynkom wycina się łechtaczkę, żeby pozbawić je części seksualnych doznań.

Masochizm? Chęć zwrócenia uwagi? W większości gatunków osobniki obojga płci wykształciły, drogą ewolucji, ozdoby sygnalizujące ich atrakcyjność jako partnera do rozrodu. Poroża, grzywy - istotą tych wykwitów jest to, że do niczego nie służą. Przekaz dla potencjalnej partnerki czy partnera jest oczywisty: popatrz, stć mnie na utrzymanie czegoś kosztownego i niepotrzebnego! Niektórzy ludzie pragną ominąć ewolucję i od razu osiągnąć efekt, wszczepiając kolce na głowie niczym koguci grzebień.

Data: 2004-03-19


Dorota Szuszkiewicz
Odpowiedź z Cytatem
  #1.5
Kontekstowy

Avatar Pani Kontekstowa
 
Avatar
Skąd: HCFOR
Wiek: 28
Postów: 760
Jestem sztuką - modyfikacje ciała

loading...
 
  #2 (permalink)  
stare 01-09-2008, 13:36
Avatar zisk
Founder
 
Zarejestrowany: Jun 2008
Reputacja: 26935
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Postów: 9,224
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Domyślnie

MODYFIKACJE CIAŁA cz. I
"Dziura w głowie, czyli szybka droga do oświecenia"

DARIUSZ MISIUNA



Każdy z nas dysponuje ciałem, które jedynie w sytuacjach bólu i przyjemności przypomina nam o swym istnieniu. Na co dzień zanurzeni jesteśmy w swoich głowach, a ciało jawi się nam jako skafander, w którym podróżujemy po obcej planecie. Sytuację rozpęknięcia ciała i umysłu dobrze obrazują religijne mity gnostyckie, według których ciało jest pułapką duszy. Czym jednak jest owa dusza, mózgiem czy też pozamaterialnym umysłem, nie potrafią powiedzieć nawet najbardziej wysublimowane systemy religijne. Antropologia podpowiada nam, że kiedyś ludzie żyli jakby bardziej "w ciele". Dopiero wraz z narodzinami cywilizacji śródziemnomorskiej coś się rozpękło i ciało stało się "obcym ciałem". W kulturach pierwotnych istniała mocno zakorzeniona wiara, że poprzez ciało można kontaktować się ze światem duchów i demonów, czyli, innymi słowy, z umysłem. Służyły temu między innymi różne techniki modyfikacji ciała, poprzez które wyzwalano moce drzemiące w ciele.

Spośród technik modyfikacji jedną z najwcześniejszych i najbardziej niezwykłych jest trepanacja. Pojęcie "trepanacja" pochodzi od greckiego słowa "trypanon" i oznaczaja dosłownie "świder". Trepanacja to po prostu operacja wiercenia otworu w czaszce żywej osoby. We współczesnych czasach praktyka ta ma przede wszystkim charakter medyczny. Dokonuje się jej, by usunąć krwawienie po ciężkich urazach głowy lub przy stanach nowotworowych. W przeszłości jednak trepanację stosowano również do innych, pozamedycznych celów.

Praktyka trepanacji towarzyszyła ludzkości od najdawniejszych czasów. Już w pismach Herodota napotykamy wzmiankę o tym, że Libijczycy wypalali dziury w głowach swoich dzieci, gdy te ukończyły czwarty roku życia, "by nie chorowały w późniejszym życiu z nadmiaru zgagi, co w głowie pływa". Jeśli zaś dzieci dostawały podczas tej operacji drgawek, polewano je moczem kozła. Podobne praktyki stosowano też w innych kulturach afrykańskich, między innymi u Tuaregów, stąd większość historyków uważa, że Herodot pisał właśnie o tym koczowniczym plemieniu, a nie o Libijczykach.

Jednak historia trepanacji sięga znacznie głębiej w dzieje ludzkości. Świadczą o tym szkielety ludzkie odnalezione w ostatnich latach podczas wykopalisk archeologicznych. W ubiegłym roku prasa doniosła, że we francuskim rejonie Alzacji archeolodzy wykopali grób człowieka z czasów neolitu (5 tysięcy lat p.e.ch.) z dobrze zachowanym szkieletem i czaszką, noszącą ślady po dwóch trepanacjach. Jeden z otworów w głowie miał szerokość 5x5 centymetrów i był całkowicie zabliźniony. Drugi otwór miał 8x8 centymetrów i ze względu na swój niesamowity rozmiar zabliźnił się jedynie częściowo. Świadczy to o tym, że pacjent przeżył obie operacje. Ponieważ zaś czaszka nie posiadała żadnych śladów urazów, można sądzić że cel tych trepanacji niewiele miał wspólnego z medycyną. Okazuje się jednak, że trepanację stosowano jeszcze wcześniej, bo już w czasach mezolitu. Taką rewelację przedstawili światu w kwietniu b.r. angielscy naukowcy, którzy przebadali szkielety pochodzące z dawnego cmentarzyska na Ukrainie. Znaleźli tam między innymi jednego "pięćdziesięciolatka" ze śladami po trepanacji, którą przeprowadzono około 9 tysięcy lat temu.

Wydaje się, że trepanacja praktykowana była we wszystkich kulturach świata, choć różne były jej cele i techniki. Wykonywano ją zwykle w celach religijnych i medycznych, dla usunięcia krwawienia wewnątrzczaszkowego, dla zlikwidowania bólu głowy, by wypędzić z głowy złe duchy lub wprowadzić adepta na ścieżkę inicjacji. Posługiwano się przy tym tak rozmaitymi narzędziami, jak zęby rekina, dłuta, może i skalpele.

Pewien misjonarz, William Ellis, wspomina o tym, jak w 1829 roku był świadkiem trepanacji na jednej z wysp Polinezji. Tubylcy przeprowadzili wówczas na jego oczach operację pewnego nieszczęśnika, który rozbił sobie głowę. Wyjęli z jego głowy roztrzaskane kości i włożyli na ich miejsce kawałki skorupy kokosu. Najwyraźniej miały one ze względu na swoją twardość wypełnić ubytek po wyjętej kości. Misjonarz ów przytacza też pewną miejscową historyjkę o człowieku, któremu podczas operacji wyjęto zraniony mózg, zastępując go mózgiem świni. Polinezyjczycy powiadają, że człowiek ten nagle zwariował i szybko zszedł z tego świata! Na Nowej Irlandii trepanacją posługiwano się, by leczyć z obłędu wywołanego "ciśnieniem mózgu". Stosowano ją także podczas epilepsji i bólów głowy. Również w Europie korzystano z trepanacji. Służyły do niej specjalne trepany, opracowane przez Hipokratesa w zamierzchłej historii.

Widzimy zatem, że trepanacja jako technika lekarska i terapeutyczna posiada długą historię. Skąd jednak pomysł, by nazywać ją modyfikacją ciała? Otóż, okazuje się że trepanacja poza czysto religijnymi i medycznymi względami, może być wykonywana w celu odmłodzenia organizmu. Taką przynajmniej teorię ogłosił w 1962 roku holenderski lekarz, Bart Hughes. Hughes na podstawie obserwacji dzieci i młodzieży doszedł do wniosku, że małolaty posiadają najbardziej pozytywne spojrzenie na świat, co przypisywał otwartości ich czaszek na przepływ krwi tłoczonej z małych z serduszek. Z wiekiem, kiedy przyjmujemy postawę pionową, nasze czaszki powoli twardnieją a siła grawitacji ogranicza przepływ krwi do szarych komórek. Dlatego właśnie, zdaniem Hughesa, tracimy dziecięcą intuicję i świeże spojrzenie na świat, które uwarunkowane są dobrym ukrwieniem mózgu. Słowem, stajemy się bezkrwistymi twardzielami.

Proces ten może ulec odwróceniu, jeśli odnajdziemy sposób na ponowne dokrwienie mózgu i uwolnienie go od niepotrzebnego nadmiaru wypełniającego go płynu mózgowego. Bart Hughes był jednym z tych szczęśliwców, którzy pod koniec lat osiemdziesiątych uczestniczyli jako "króliki doświadczalne" w badaniach nad oddziaływaniem LSD na umysł ludzki. Dzięki temu doświadczeniu dane mu było przeżyć chwile ekstazy i rozkoszy istnienia. Na nowo poczuł się dzieckiem. Doszedł więc do wniosku, że psychodeliki potrafią przywrócić owe prymarne doświadczenie cieszenia się światem. A jako że był naukowcem, przypisywał to doświadczenie konkretnym procesom biochemicznym zachodzącym w mózgu. Hughes stwierdził, że psychodeliki powiększają naczynia włoskowate na mózgu i zwężają żyły, lecz nie tętnice prowadzące do mózgu. W ten sposób krew nie uchodzi z mózgu tak szybko, a jej nadmiar wypiera płyn mózgowo-rdzeniowy, prowadząc do chwilowego poszerzenia się świadomości. Hughes zauważył też, że komórki mózgowe pochłaniają więcej glukozy niż komórki ciała, przez co zwiększonemu poziomowi krwi w mózgu towarzyszy gwałtowne obniżenie się poziomu cukru w ciele. Tym oto zjawiskiem tłumaczył niektóre stany lękowe i napady paranoi występujące po zażyciu LSD. Wierzył, że gdy substancję psychodeliczną zakąsi się cukrem i popije cytrynką, gwarantuje to natychmiastowe poszerzenie się świadomości bez żadnych skutków ubocznych.

Oprócz stosowania psychodelików, Hughes doradzał inne sposoby na ukrwienie mózgu i odwrócenie procesu "zgredowacenia", a wśród nich: przerzucanie się z gorącego prysznica pod zimny prysznic, stanie na głowie, zażywanie adrenaliny i zaciskanie sobie żył szyjnych, by choć na chwilę powstrzymać krew od odpływania z mózgu.. Były to wszakże doraźne środki o krótkotrwałej skuteczności. Pomysłowy doktorek szukał dalej i znalazł. W chwili natchnienia zamierzał wywiercić wiertarką elektryczną mały otwór u podstawy swego kręgosłupa, by uwolnić się od nadmiaru płynu mózgowo-rdzeniowego. Potem jednak zmienił zdanie i za swój główny cel wybrał czaszkę. Należało uwolnić mózg z więzienia w czaszce, a można to było dokonać tylko dzięki trepanacji.

Bart Hughes rozpoczął więc bezowocne nękanie chirurgów prośbami o to, by wywiercili mu dziurę w głowie. Niestety, żaden z nich nie chciał podjąć takiego ryzyka, mimo wieloletniego wykonywania tego samego zabiegu na stołach operacyjnych. Po kilku latach chodzenia od szpitala do szpitala, postanowił wziąć sprawy we własne ręce i samemu wykonać tę operację. W 1964 roku nabył w sklepie wiertarkę elektryczną, skalpel i igłę hipodermiczną w celu wstrzyknięcia sobie miejscowego środka znieczulającego. Popełnił jednak jeden błąd, mówiąc o swoim planie przyjaciołom, którzy natychmiast zabrali mu wszystkie narzędzia i skutecznie wybili ten pomysł z głowy.

Naiwny ten, kto sądzi że można sprowadzić mistyka z obranej przezeń drogi. 6 stycznia 1965 roku Hughes wyszedł do sklepu po nowe narzędzia, tym razem mówiąc o swoim planie tylko swojej żonie. Po powrocie do domu zapodał sobie silny środek znieczulający i, trzymając jedną ręką wiertarkę a drugą mierząc głębokość odwiertu, rozpoczął trepanację czaszki. Cała operacja trwała zaledwie 45 minut. Jak wspomina Bart, była bezbolesna, choć towarzyszyło jej obfite krwawienie. W ciągu czterech godzin cały płyn mózgowo-rdzeniowy wypłynął z głowy. Po trzech dniach wszystkie rany się zabliźniły. Jedynym śladem po operacji była dziura w czaszce.

Operacja wywołała w pomysłowym doktorku niezwykłą euforię. Nigdy wcześniej nie czuł się tak dobrze! Mówił, że jego "duch rośnie z godziny na godzinę". Niestety, poniosło go tak bardzo, że chciał całemu światu głosić pożytki płynące z trepanacji, ku powszechnemu zdziwieniu jego bliźnich, którzy wsadzili go do szpitala psychiatrycznego. Hughes przesiedział w szpitalu trzy tygodnie, a jego rewelacje telewizja holenderska niemal natychmiast nazwała "stuprocentowymi bzdurami".

Doświadczenia dr Hughesa pobudziły jednak wyobraźnię innych, którzy doszli do wniosku, że trepanacja może być dobrym sposobem na oświecenie. Kiedy więc zaraz po wyjściu ze szpitala dr Hughes wyjechał do Stanów, spotkał tam wielu zwolenników swojej teorii trepanacji, w tym Josepha Mellena, który został jego uczniem. Mellen uczestniczył wcześniej w wielu sesjach psychodelicznych, których celem było "otwarcie trzeciego oka" przy pomocy substancji chemicznych. W przeciwieństwie jednak do wielu swoich kolegów, uważał że "trzecie oko" nie jest wcale metaforą, lecz konkretnym miejscem w głowie, które należy otworzyć, by doznać oświecenia. Nie trudno zatem zrozumieć, co musiał czuć, gdy podczas jednej z imprez natknął się na samego specjalistę od otwierania czaszek. Był to znak, że czas się otworzyć.

Joseph Mellen postanowił domowym sposobem dojść do oświecenia. Kiedy więc jego przyjaciółka, Amanda Feilding wyjechała wraz z dr Hughesem do Amsterdamu, zakupił potrzebne narzędzia i w jej londyńskim mieszkaniu zaczął sobie ryć dziurę w głowie. Niestety, ta pierwsza próba trepanacji okazała się fiaskiem, gdyż biedny Joey zamiast wiertarki elektrycznej męczył się czymś na kształt korkociągu. Nie pomogło nawet LSD, które zaaplikował sobie wcześniej dla zwiększenia animuszu. Pierwsza próba ręcznego oświecenia okazała się nieudana. Mellen zrozumiał wtedy, że bez pomocy nie będzie w stanie wykonać trepanacji. Nie musiał długo namawiać dr Hughesa, by pomógł mu w realizacji tego planu. Nie wziął tylko jednego pod uwagę, a mianowicie tego, że Bart Hughes nie zostanie wpuszczony do Wielkiej Brytanii.

Sprawy uległy komplikacji. Czas płynął a Joey Mellen odczuwał coraz potężniejszą potrzebę uwolnienia umysłu z więzienia w czaszce. Tym razem z pomocną rękę przyszła mu Amanda Feilding. Przy jej pomocy wziął trepan i zaczął nim drążyć kość czaszkową. Niestety i tym razem bez skutku. Część czaszki co prawda uległa skruszeniu, lecz zanim trepan zdołał przedostać się do mózgu, Mellen stracił przytomność. Amanda wezwała karetkę i Mellen znalazł się w szpitalu, gdzie dobrali się do niego przerażeni lekarze. Oczywiście, od razu pojawiły się głosy, że Mellena należy zamknąć w szpitalu psychiatrycznym. Na dodatek groziła mu kara więzienia, gdyż znaleziono przy nim drobną ilość marihuany.

Mellen odsiedział tydzień w szpitalu i nie skruszony przystąpił do kolejnej, trzeciej już próby trepanacji. Wykorzystał przy tym spore zamieszanie wynikające z faktu, że większość ludzi myślała, że jego operacja zakończyła się sukcesem. Joseph włożył trepan do bruzdy powstałej na skutek poprzedniej próby i zaczął ją ryć, dopóki nie usłyszał dziwnych odgłosów ze środka: "Wtedy to usłyszałem złowieszczy syk i bulgotanie. Brzmiało to jak bąbelki powietrza, które tłoczą się pod skorupą czaszki. Spojrzałem na trepan i zobaczyłem, że znajduje się na nim kawałek kości. Nareszcie! A jednak cos nie dawało mi spokoju. Jeden koniec kości był grubszy od drugiego. Widocznie, trepan wydrążył kość nierówno. Bałem się jednak drążyć głębiej w obawie o swoje życie. Szkoda ze nie miałem przy sobie wiertarki elektrycznej. Wszystko byłoby wtedy bardziej proste. Amanda twierdziła, że udało mi się otworzyć czaszkę, ponieważ wskazywały na to odgłosy bulgotania. Zabandażowałem głowę i posprzątałem pokój, chociaż nie byłem do końca przekonany co do sukcesu operacji".

Samopoczucie Mellena było po operacji bardzo dobre, chociaż nie wiedział, czy przypisywać to otwarciu czaszki, czy też radości z tego że wszystko się skończyło. A jako że niepewność nie dawała mu spać po nocy, zdecydował się na radykalne rozwiązanie. Kiedy więc wiosną 1970 roku Amanda Feilding wyjechała do Ameryki, Joseph Mellen ogolił sobie głowę, wziął do ręki wiertarkę elektryczną i... poczuł swąd dolatujący go z gniazdka. Raz jeszcze, poniósł fiasko. Wiertarka się przepaliła. trzeba było czekać aż naprawi ją elektryk. Nazajutrz, Joey przystąpił do ostatecznego ataku na swoją czaszkę, który tym razem zakończył się sukcesem. Oto jak wspomina: "Tym razem nie miałem żadnych wątpliwości. Dziura była naprawdę głęboka i fala krwi zalała mnie, gdy tylko przestałem wiercić. Kiedy podszedłem do lustra, mogłem zobaczyć, jak krew wydobywa się z dziury w rytm uderzeń serca".

Bramy raju otwarły się przed wytrwałym poszukiwaczem oświecenia, lecz na tym nie skończyła się przygoda trepanacyjna Josepha Mellena. Pełen nowych sił witalnych, Mellen rozpoczął wielką kampanię nawracania innych na ścieżkę trepanacji. Pierwszą osobą, która poszła jego przykładem była Amanda Feilding, która nie tylko sama wywierciła sobie dziurę w głowie, lecz na dodatek pozwoliła sfilmować swoją operację. Powstał w ten sposób film o bardzo znaczącej nazwie "Bicie serca w mózgu", który przysporzył idei trepanacji rzesze nowych zwolenników.

Amanda i Joey prowadzą obecnie szczęśliwe życie w Londynie. Są właścicielami bardzo popularnej Pigeonhole Galery. Od czasu do czasu jeżdżą też z odczytami na temat pozytywnych skutków trepanacji. W ostatnich wyborach do rady gminy Chelsea Amanda Feilding otrzymała dwa razy więcej głosów co poprzednio i choć głosowało na nią tylko 150 osób, nie jest to wcale mało, zważywszy na fakt że jej głównym hasłem wyborczym była "Trepanacja dla każdego!" Na świecie powstają coraz to liczniejsze stowarzyszenia zwolenników trepanacji. Ludzie "z otwartymi umysłami" zakładają miejsca w Internecie, gdzie dzielą się swoim doświadczeniem. Sam zaś dr Hughes, po burzliwym okresie lat siedemdziesiątych, kiedy był jednym z głównych aktywistów anarchistyczno-dadaistycznego ruchu PROVOS, od kilku lat pracuje w amsterdamskiej bibliotece i nie udziela się publicznie. Pozostanie jednak na zawsze tym, który przypomniał ludziom XX wieku, że każdy może otworzyć sobie klapy w mózgu.


okultura.pl
Odpowiedź z Cytatem
  #3 (permalink)  
stare 01-09-2008, 13:36
Avatar zisk
Founder
 
Zarejestrowany: Jun 2008
Reputacja: 26935
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Postów: 9,224
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Domyślnie

DARIUSZ MISIUNA



Jedną z najstarszych praktyk dotyczących ludzkiej cielesności są samookaleczenia. Jakimś dziwnym trafem losu homo sapiens sapientis lubi zadawać sobie ból, co w zupełności odróżnia go od innych gatunków i czyni wyjątkowym pośród świata przyrody. Okaleczanie się może przybierać różne formy, które wynikają z medycznych, estetycznych i religijnych motywacji. Nie sposób też zapomnieć o tym, że we współczesnych czasach zwykle głównym celem takich praktyk jak skaryfikacje, czy kolczykowanie jest czysta rozkosz, przeżywana podczas samego aktu przekłuwania skóry bądź też (oraz) w trakcie dalszych jej stymulacji. Co jednak można powiedzieć o tak "radykalnych" aktach samookaleczenia jak amputacje, gdy nie przyświeca im cel medyczny? Jakie są motywacje ludzi, którzy wyjmują sobie oczy, obcinają członki i pozbywają się genitaliów?

Wbrew powszechnym wyobrażeniom moda na amputacje nie jest produktem XX wieku. Wręcz przeciwnie, dopiero w naszym stuleciu zaczęto postrzegać rozmaite praktyki amputacyjne jako oznaki dewiacji bądź chorób psychicznych. Jest to po części skutek wpływów, jakie od ubiegłego wieku zdobyła sobie nauka o zdrowiu psychicznym, która wszelkie próby modyfikacji ciała (nie mówiąc już o tak drastycznych aktach jak amputacje) uznaje za wyraz narcyzmu bądź zaburzeń tożsamości. "Nauka" ta wychodzi od bardzo nienaukowego, chciałoby się wręcz powiedzieć "religijnego" założenia, że nie powinno się zmieniać tego, czym nas obdarzyła natura. Innymi słowy, wszelkie próby przekształcania swej cielesności są zbrodnią przeciwko naturze.

W przypadku fenomenu autokastracji, który sięga przecież czasów starożytnych (Asyria, Babilonia), psychiatria zajmuje dość zdecydowane stanowisko, uważając go za rodzaj reakcji na podświadome dążenia autodestrukcyjne. Według dr Karla Menningera, wszelkie akty samookaleczenia są kompromisami, które płaci się za uniknięcie całkowitego unicestwienia. Są formami wykupu, jakie stosuje ego wobec podświadomego instynktu śmierci. Psychiatrzy uważają, że to wewnętrzne rozszczepienie jest oznaką schizofrenii. Jako dowód podają fakt, że ludzie dokonujący samookaleczeń często robią to pod wpływem "wewnętrznego głosu". Trudno tu jednak nie przyznać racji dr Julianowi Jaynesowi, który zauważa że jeszcze do niedawna słuchanie się swego "wewnętrznego głosu" było czymś absolutnie normalnym. Co więcej, ludzie słuchali się go w sytuacjach kryzysowych i przy podejmowaniu ważnych decyzji. Ten głos był ich bogiem. Dopiero w ciągu ostatnich trzech tysięcy lat nauczono się go ignorować, a tym samym zaczęto lekceważyć przekazy płynące z prawej półkuli mózgu. Można więc powiedzieć, że "schizofrenicy" to ludzie, którzy narodzili się za późno, gdyż zachowują się dokładnie tak, jak to robili nasi przodkowie trzy tysiące lat temu.

W starożytności kastracji poddawali się przede wszystkim kapłani. Pierwszymi kapłanami-eunuchami byli wyznawcy sumeryjskiej bogini-matki Inany sprzed 3000 r. p.n.e. Inana była sumeryjską Wenus, patronką miłości i płodności. Jej krwiożercza siostra, Ereszkigal, pewnego razu uwięziła ją w świecie podziemnym. Było to królestwo śmierci i bezpłodności, do którego wstępu nie miał żaden śmiertelnik. Dlatego kapłan Inany, aby wydobyć ją z opresji, poprosił boga-wody Enki o stworzenie dwóch istot bezpłciowych, które mogły zstąpić do świata podziemnego i uwolnić stamtąd boginię. Dzięki temu podstępowi bogini udało się wrócić do świata ludzi. A dla upamiętnienia tego wydarzenia jej kapłanami byli odtąd kastraci.

Obyczaj kastrowania kapłanów znali również Grecy. Jak zauważa Karlheinz Deschner: "Wstrzemięźliwości seksualnej w najradykalniejszej formie podlegali kapłani bogini Kybele, których poddawano rytualnej kastracji, posługując się przy tym ostrą glinianą skorupą lub ostrym kamieniem, co wskazuje na bardzo odległe początki tego obyczaju. Odcięty członek ofiarowywano bóstwu - pierwotnie zapewne w celu przydania mu mocy". Kult Kybele osiągnął apogeum w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Kastracja była wtedy w modzie i prawie każdy obywatel rzymski posiadał służącego eunucha.

Niechętne seksualności chrześcijaństwo sympatyzowało z eunuchami. Wielu z nich powoływało się na ten cytat z Ewangelii św. Mateusza: "Albowiem są trzebieńcy, którzy się takimi z żywota matki urodzili, są też trzebieńcy, którzy zostali wytrzebieni przez ludzi, są również trzebieńcy, którzy się wytrzebili sami dla Królestwa Niebios". Jeden z Ojców Kościoła, Orygenes, pozbawił się męskości w 208 roku n.e., a liczni biskupi Kościoła Wschodniego byli eunuchami. Chrześcijański pogląd na temat kastracji najlepiej obrazują słowa Petera Abelarda, wielkiego francuskiego teologa z XI wieku: "Jakże mam się martwić, skoro wiedziony łaską bożą oczyściłem się z tych niecnych członków? Cóż może być lepszego od pozbycia się narzędzia nieczystości i zmierzania ku boskiej doskonałości?"

Kultura europejska uczyniła z kastracji synonim czystości i pobożności. Warto jednak pamiętać, że nie wszędzie tak bywało. I tak, na przykład, w Chinach kastraci pełnili funkcje wysłanników cesarskich, dworskich spowiedników, a nawet szpiegów. Ich wpływy na dworze były tak znaczące, że stanowili realne zagrożenie dla biurokracji. W okresie baroku, we Włoszech kastrowano młodych chłopców, którzy mieli zostać śpiewakami. Wielu z nich, jak żyjący w XVIII wieku Farinelli, zrobiło oszałamiającą karierę. Farinelli nie był jednak wcale ostatnim kastratem, jak błędnie głosi tytuł popularnego filmu. Moda na kastrację miała wybuchnąć tuż przed jego śmiercią, w imperium rosyjskim.

XVIII-wieczna Rosja targana była licznymi niepokojami społecznymi, które wytworzyły apokaliptyczny nastrój sprzyjający rozwijaniu się różnych sekt religijnych. Jedną z nich byli skopcy, czyli "rzezańcy". Przywódca skopców, Kondrad Seliwanow, głosił że stosunek płciowy jest grzechem pierworodnym ludzkości. Jeździł więc po całej Rosji i namawiał napotykanych chłopów, żeby się "wybielili" i odcięli owo narzędzie grzechu, czyli członka. Kastracja miała być "chrztem ognia" prowadzącym do raju. Skopcy posiadali dwa rodzaje chrztu ognia. Dla mniej odważnych przeznaczony był chrzest zwany "małą pieczęcią", który polegał na obcinaniu tylko jąder. Miał on posiadać rangę anielską, podczas gdy rangę archanielską posiadał chrzest "wielkiej pieczęci", czyli usunięcie członka. Posługiwano się przy tym bardzo prostymi narzędziami, nożem i serwetką, jednakże zdarzali się tacy zapamiętali skopcy, którzy w porywie religijnego uniesienia obcinali sobie członka siekierą.

Obyczaj skopców obejmował też kobiety. I tutaj również istniały dwie klasy święceń, niższa i wyższa. W pierwszym przypadku ogniem i żelazem wypalano sutki, bądź amputowano kobietom piersi. Co bardziej odważne i pobożne z nich pozwalały sobie obcinać wargi sromowe i łechtaczkę. Obrzędy skopców odbywały się zwykle w sobotnią noc. Prowadzącym był zawsze "prorok", którym mógł zostać każdy, kto namówił dwanaście innych osób do poddania się kastracji. Skopcy zbierali się w największej tajemnicy, a jeśli trafił się podczas obrzędu jakiś przypadkowy obserwator, chwytano go, przywiązywano do krzyża i kastrowano.

Gorliwość religijna, z jaką skopcy głosili swą wiarę poruszyła nawet cara, Aleksandra I, który otoczył ich opieką finansową. Nie podobało się to cerkwii prawosławnej, która przy pomocy licznych intryg zmniejszyła wpływy sekty. Po śmierci Seliwanowa jego uczniowie zmienili nieco nauki swego mistrza. By przyciągnąć do sekty nowych wyznawców, ustalono że każdy z jej członków może mieć dwójkę dzieci, zanim będzie musiał poddać się kastracji. Niektórzy skopcy zgadzali się też, by ich żony miały kontakty seksualne z innymi mężczyznami. Biedne dzieciaki, oddawano w ręce sekty i jednym machnięciem noża pozbawiano cennych narządów.

W połowie XIX wieku kult skopców objął wszystkie zakątki Rosji. Kiedy zaś car Mikołaj przeprowadził na nich nagonkę, ich wiara i praktyki rozprzestrzeniły się na całe Bałkany, aż po Turcję i Liban. Na skoptyzm nawracały się całe klasztory, w których więzieni byli członkowie sekty. A o tym, że urok kastracji musiał być nieodparty niechaj świadczy fakt, że mimo tak poważnych oskarżeń i prześladowań, skopcy istnieją po dziś dzień w niektórych rejonach Rosji i Rumunii. Mają też swoich naśladowców w bardziej "nowoczesnych" sektach. Kiedy rok temu ufologiczna sekta "Wrota Niebios" popełniła zbiorowe samobójstwo w celu dostania się na statek kosmiczny, który rzekomo miał lecieć tuż za zbliżającą się do Ziemi kometą Hale-Boppa, przy zwłokach samobójców nie znaleziono genitaliów.

Szacuje się, że we współczesnych Indiach żyje przeszło milion eunuchów. Większość z nich to tzw. "hidżra", którzy zarabiają na życie żebraniem, prostytucją i.... usuwaniem "pecha". "Hidżra" tworzą własne społeczności, rządzące się swoimi prawami i regułami życia. Można do nich przystąpić, poddając się kastracji, która wykonywana jest na świeżym powietrzu, na oczach całej wspólnoty. Obrzędowi kastracji towarzyszą śpiewy i tańce zgromadzonych. Przyszły eunuch otrzymuje jako znieczulenie narkotyk, a jego genitalia obcinane są jednym cięciem noża. Zaraz po operacji nie wolno mu odpoczywać ani zapaść w sen. Obyczaj wymaga, by przez równą godzinę chodził świętując swój nowy stan.

Co dziwne, mimo tak niehigienicznych warunków, w jakich odbywają się kastracje "hidżra", cechuje je bardzo niski stopień śmiertelności. Czyżby to wiara trzymała ich przy życiu? Hipoteza ta wydaje się być całkiem prawdopodobna. Obrzędy kastracyjne "hidżra" przepełnione są ekstazą, a członkowie tej społeczności na wzór dawnych wyznawców Kybelle, oddają cześć bogini, którą jest Behucziara Mata. "Hidżra" noszą krzykliwe stroje i zachowują się jakby byli w transie. Gromadzą się na stacjach kolejowych, gdzie proszą przyjezdnych o pieniądze. A gdy spotykają się z odmową, rzucają w ich strony klątwy i obnażają swoje wykastrowane krocza. Część z nich trudni się też nierządem, a ich klientami są zwykle mężczyźni, których nie stać na kobiece prostytutki. To wszystko stanowi jednak skromną część zarobków "hidżra" w porównaniu z pieniędzmi, które otrzymują za usuwanie "pecha".

Ten dziwny obyczaj wywodzi się z powszechnie panującego przekonania, że nic już gorszego nie może spotkać człowieka od losu eunucha. "Hidżra" ściągają na siebie zły los, który mógłby stać się udziałem innych ludzi. Robią to oczywiście za pieniądze. Kiedy więc ktoś zbuduje sobie dom, zaprasza do niego eunucha, który tańczy w każdym z pokojów, odganiając wszystko co złe. Ku zgrozie bogaczy, grupy "hidżra" często pojawiają się bez zaproszenia na weselach, gdzie odganiają pecha od nowożeńców. Niestety, taka usługa sporo kosztuje, a "hidżra" nigdy nie opuszczają imprezy bez uprzedniej zapłaty. "Hidżra" są zresztą bardzo pomysłowi w wymyślaniu sobie nowych form zarobków. Kiedy więc wraz z coraz większym przeludnieniem Indii młodzi ludzie zaczęli spotykać się na pieszczoty w parkach, "hidżra" postanowili tropić kochanków i żądać od nich okupu.

Tego typu zachowania przyczyniają się do złej sławy, jaka otacza indyjskich kastratów. Skądinąd, ich wpływy w społeczeństwie zdają się rosnąć. "Hidżra" coraz częściej rekrutują nowych członków spośród dzieci urodzonych ze zniekształconymi genitaliami. Kiedy dowiedzą się o takim przypadku, potrafią czekać, aż dziecko osiągnie wiek 12-13 lat, a wtedy gromadzą się przed jego domem i żądają od rodziców, by go wydali.

Ta wymuszona kastracja przypomina trochę zachowania skopców, lecz nie znajduje swoich odpowiedników we współczesnej kulturze europejskiej. W kręgu naszej kultury kastracja jest zjawiskiem marginalnym, które dotyczy zwykle ludzi pragnących zmienić swoją płeć. Wciąż jednak zdarzają się przypadki czystej, nie-instrumentalnej kastracji, płynącej z wewnętrznej potrzeby pozbycia się płci. I oto dr John Money po napisaniu książki o kastracji otrzymał dwa listy od ludzi, którzy opisali mu w jaki sposób pozbyli się męskości.

Pierwszy z nich pisał: "W dzieciństwie niezbyt różniłem się od innych chłopców poza tym, że byłem mniej agresywny. Gdy w wieku sześciu lat odkryłem, że mam jądra, ten fakt bardzo mnie zasmucił i stał się źródłem odczuwanego wstydu. Rok później doznałem pierwszej erekcji na widok ohydnie grubej koleżanki z klasy. Od tego czasu wzwód zawsze kojarzył mi się z uczuciem niesmaku. Nic więc dziwnego, że okres dojrzewania stał się dla mnie pasmem niekończącej się udręki. Musiałem ukrywać swój wstręt wobec płci i powstrzymywać napady żądzy. Kiedy już nic nie pomagało a odraza mieszała się z pożądaniem, postanowiłem pójść na studia biologiczne, by dowiedzieć się o wpływie gruczołów na ludzką psychikę. Wtedy to dokonałem wielkiego odkrycia, które stało się źródłem mojej wielkiej nadziei. Okazało się, że kastracja potrafi zredukować podniecenie do minimum. Nie pozostawało mi nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce. Na początku przypalałem sobie zapałkami wędzidełka penisa i nacinałem je nożykiem. Z czasem nabrałem śmiałości i w 1966 roku odciąłem wędzidełka scyzorykiem. Moje próby pokonania własnej płci nabrały wtedy gwałtowności i częstotliwości. Wielu z nich towarzyszyły błędy w sztuce, lecz w 1969 ostatecznie odciąłem sobie jądra.

Niestety, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu zauważyłem jedynie nieznaczne obniżenie popędu, co przypisywałem pozostawionemu penisowi. Zacząłem więc go dręczyć, nacinając jego różne nerwy, aż w końcu przeciąłem nerw grzbietowy. Doświadczyłem wtedy znacznie poważniejszej zmiany niż po odcięciu jąder. Przestałem odczuwać jakiegokolwiek podniecenia. Niestety, towarzyszyły temu zastraszające skutki uboczne. Likwidacja podniecenia okazała się bowiem wstrząsem dla mojego organizmu. Stałem się nagle oziębły, utraciłem radość życia, miałem ataki mdłości. Postanowiłem więc udać się do psychiatry, lecz poza poniżeniem nic od niego nie wyniosłem. Wkrótce, odkryłem że niedokładnie przeciąłem nerw grzbietowy i lewa część mojego penisa wciąż drga, wprowadzając mnie w stan podniecenia. Po tym odkryciu wykonałem kilka nacięć po tej lewej stronie, dzięki czemu uspokoiłem się trochę, a z czasem osiągnąłem pełną równowagę. Mogę teraz powiedzieć, że mimo kilku załamań, prowadzę ustabilizowane życie zawodowe i towarzyskie, a po likwidacji popędu nie odczuwam żadnego wstrętu wobec płci".

Nieco odmienny charakter miał drugi list od domorosłego kastrata, który we wczesnym dzieciństwie był molestowany seksualnie przez matkę i rozkosz kojarzył z agresją. Chłopiec ten jedyną przyjemność czerpał w sytuacjach, gdy był poniżany, a wieku trzynastu lat postanowił raz na zawsze wykorzenić seks ze swego życia. Niestety, tu również pierwsze próby okazały się nieudane. Gdy bowiem starał się obniżyć popęd poprzez smaganie penisa ręką, osiągnął przeciwny skutek w postaci nagłej erekcji i wytrysku. To połączenie bólu i rozkoszy stało się głównym motywem jego przyszłych eksperymentów. Mężczyzna ten już w wieku dorosłym dokonał kilkunastu nacięć jąder i penisa, które poprzedzał onanizowaniem się. Według jego relacji, onanizm przynosił mu ulgę przed kolejną operacją i służył mu jako środek znieczulający. Co dziwne, obaj mężczyźni wyraźnie twierdzili, że kolejne nacięcia penisa w sposób znaczący polepszyły jakość ich życia.

Podobnie twierdzą liczni zwolennicy kastracji rozsiani po internecie, którzy wychwalają jej zalety zdrowotne. Mówią w tym kontekście o zmniejszonym prawdopodobieństwie wystąpienia zawału serca oraz raka prostaty. Przy odpowiedniej kuracji hormonalnej kastracja może według nich przedłużać ludzkie życie nawet o piętnaście lat, co wykazały badania nad eunuchami w szpitalach psychiatrycznych. Oczywiście, z kastracją wiążą się też liczne niebezpieczeństwa, głównie wtedy gdy wykonuje się ją bez asysty lekarza. Kiedy zaś kastracji nie towarzyszy terapia hormonalna, zwiększa się ryzyko popadnięcia w depresję i zachorowania na osteoporozę. Po udanej kastracji zmienia się też wygląd fizyczny, który staje się bardziej smagły i pozbawiony włosów. Wbrew powszechnym wyobrażeniom, kastracja nie wpływa znacznie na zmianę brzmienia głosu, pod warunkiem że pacjenci przeszli już mutację.

Choć to paradoksalnie brzmi, kastracja nie musi wcale zmniejszać popędu seksualnego. Tak przynajmniej twierdzą zwolennicy niepełnej kastracji, czyli obcinania samych jąder bez penisa. Natomiast Joe Christ, artysta performance, który w latach osiemdziesiątych obciął sobie penisa twierdzi wręcz z wrodzoną sobie bezczelnością, że jest teraz lepszym kochankiem niż był poprzednio, gdyż wykorzystuje wszelkie możliwości jakie dostarcza niegenitalny seks. Jak widać, niezbadane są ścieżki rozkoszy i nigdy nie wiadomo, gdzie czai się popęd. Już przecież dziadek Freud na początku naszego smętnego stulecia stwierdził, że zasada przyjemności obejmuje całe ludzkie ciało, a nie tylko pewien drobiazg w kroczu.

Jest wszakże pewne odstępstwo od tej reguły, o którym warto wspomnieć na koniec, ponieważ dotyczy ono sporej części kobiet w Azji i Afryce. Mowa tu o klitoridektomi, czyli obyczaju obcinania łechtaczek. Ten jeszcze przedmuzułmański zwyczaj praktykowany jest wciąż w Somalii, Egipcie i niektórych rejonach Bliskiego Wschodu. Co roku, tysiące kobiet przymusza się do rytualnej kastracji, by mogły potem służyć jako narzędzie przyjemności dla mężczyzn. Jak podaje WHO, wiele z nich umiera na skutek późniejszych powikłań, spora część prowadzi niewolniczy tryb życia, a prawie całość jest pozbawiona przyjemności z seksu. Tym właśnie kobietom chcę dedykować ten tekst, ze wskazaniem że choć raj moze być bez jaj to jednak piekło jest bez łechtaczek.


okultura.pl
Odpowiedź z Cytatem
  #4 (permalink)  
stare 01-09-2008, 13:37
Avatar zisk
Founder
 
Zarejestrowany: Jun 2008
Reputacja: 26935
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Postów: 9,224
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Domyślnie

DARIUSZ MISIUNA



Starożytne podania i mity przypisywały odmieńcom ponadnaturalne moce, których nie byli w stanie dostąpić ludzie normalni. Wpisywały ich w sferę sacrum, gdzie pośród innych świętości traktowani byli z jednoczesną odrazą i nabożeństwem. Ich moc bardzo często wyrażała się w deformacjach fizycznych, albowiem dawne kultury nie rozróżniały ducha od ciała. Oto twórca judaizmu, Mojżesz, był człowiekiem chromym i zgrzybiałym, a jednak potrafił wyzwolić naród żydowski z niewoli egipskiej i dać mu religię, która zapewniła mu przetrwanie. Ten sam Mojżesz, według Biblii, dysponował potężną magią, przy pomocy której utorował swoim ludziom drogę przez Morze Czerwone. Jednocześnie zaś ledwo co się wysławiał i potrzebował do pomocy brata Aarona, który w jego imieniu przemawiał do ludu. Ułomność fizyczna była często przejawem niezwykłych mocy psychicznych. Słynny jasnowidz grecki, Tejrezjasz, był ślepcem. Mity greckie przedstawiały go jako starca z długą, białą brodą, który był najpierw kobietą, lecz pod wpływem czarów stał się mężczyzną. Tejrezjasz utracił wzrok, gdy ujrzał Atenę nagą w kąpieli. Wtedy to Zeus obdarzył go życiem siedem razy dłuższym od życia ludzkiego. Tejrezjasz posiadł ponadto dar przewidywania przyszłości. Jego ślepe oczy obdarzały go wiedzą o tym, czego inni nie wiedzieli. Nie był w tym jednak odosobniony. Motyw jasnowidza - ślepca był bowiem szeroko rozpowszechniony w starożytnych mitach.

Widać tu bardzo wyraźnie, że ułomności fizycznej towarzyszył rozwój zdolności parapsychicznych. Bardzo często szamanami i czarownikami zostawali ludzie posiadający wyraźne deformacje fizyczne, bądź zachowujący się w sposób, który dzisiaj byłby uznany za nienormalny. Współcześni antropolodzy uważają, że szamanami zostawały przeważnie osoby leworęczne o preferencjach homoseksualnych. Ich odmienność predysponowała ich do zajmowania się sferą nie-codzienną, czyli światem niezwykłych zjawisk z pogranicza magii i religii.

Współczesność drastycznie zmieniła postrzeganie odmienności. "Odmieńcy" utracili swój dawny status "boskich głupców" na rzecz miejsca w szpitalach psychiatrycznych i przytułkach dla włóczęgów. Jak zauważa Michel Foucault, temu procesowi de-sakralizacji "odmienności" towarzyszy proces medykalizacji wszystkiego, co odstaje od społecznie uznawanej normy. Gdzieś pod koniec XVI wieku pojawiają się pierwsze przytułki, w których umieszcza się osoby o niezwykłym wyglądzie i dziwnej psychice. Co ciekawe, w tym samym czasie Inkwizycja dokonuje czystek wśród "odmieńców", które dzisiaj nazywamy procesami czarownic. W ciągu kolejnych kilku wieków "odmieńców" spycha się na margines życia społecznego, aż stają się już nie tyle dziwakami, lecz osobami, które należy izolować i leczyć. Tendencja do pozbywania się tego co odmienne osiąga swój moment kulminacyjny w czasach nazistowskich. Ogarnięci obsesją czystości rasowej naziści dokonują masowych mordów najpierw wśród chorych psychicznie i kalek, dopiero potem zaś wśród innych, ich zdaniem ułomnych narodów.

W obliczu pieców krematoryjnych Oświęcimia wydaje się dziwne, że nawet dzisiaj ludzie "chorzy psychicznie" i kalecy traktowani są z odrazą i niechęcią. Bardzo często zresztą ludzi ułomnych uważa się za lekko stukniętych. To przekonanie wiąże się z ukrytym założeniem, że integralność cielesna jest tożsama ze zdrowiem. Z tego też powodu brak oka lub ucha, odcięta ręka i krzywy nos mogą być postrzegane jako coś co temu zdrowiu zagraża albo też po prostu jest przejawem choroby. Cóż zatem biały Europejczyk z klasy średniej może powiedzieć o takich ludziach, którzy pragną stać się kalekami, albowiem w szpetocie odnajdują źródło rozkoszy?

Amputacje stanowią najbardziej drastyczne akty modyfikacji ciała. I chociaż medycyna stosuje je od najdawniejszych czasów, to jednak ich pozamedyczne wykorzystanie jest pomysłem naszego stulecia. W historii zdarzały się co prawda przypadki, kiedy w porywie uniesienia odcinano sobie członki. Najsłynniejszym takim "odmieńcem" był oczywiście holenderski malarz, Vincent van Gogh, który w grudniu 1888 roku odciął sobie brzytwą połowę ucha i dał je w prezencie na gwiazdkę prostytutce. Van Gogh nie był wszakże jedynym, a w XX wieku worek z odciętymi członkami rozsypał się na dobre.

Zwykle, dopatrywano się w osobach, które pragnęły odciąć sobie kawałek własnego ciała, przejawów schizofrenii paranoidalnej. Psychoanalitycy uważali, że ta forma samookaleczeń stanowi wyraz mechanizmów obronnych ego, które pragnie pozbyć się niechcianych elementów osobowości. Twierdzili, że osoby, które dokonały na sobie amputacji były ku temu wiedzione podświadomą nienawiścią wobec swoich "nienormalnych" preferencji seksualnych, czyli homoseksualizmu lub fetyszyzmu. Odcięte części ciała symbolizowały niechciane strony osobowości. Miało to być "mniejsze zło" wobec perspektywy samobójstwa.

W historii współczesnej psychiatrii znane są liczne przypadki osób, które dokonały tego rodzaju amputacji. W 1962 roku pewien młody Amerykanin wydłubał sobie oczy powodowany poczuciem winy w związku z pociągiem seksualnym, jaki odczuwał do matki. Jego matka była osobą zaborczą. Kiedy miał siedem lat, rozwiodła się z jego ojcem i odtąd cały swój popęd przeniosła na syna. Młody chłopiec czuł się od niej bardzo uzależniony, aż pewnego razu zaczął mówić, że jego matka znajduje się w nim i pragnie ją razem z sobą pogrzebać. Koniec końców, przemożna presja wewnętrzna zmusiła go do tak radykalnego rozwiązania, jakim był akt samookaleczenia.

Niektóre z osób, które dokonały samo-amputacji, zrobiły to pod wpływem środków psychofarmakologicznych. Kroniki szpitala psychiatrycznego w Dallas odnotowują fakt, jaki miał miejsce pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy to pewien szesnastolatek wyjął sobie oczy w drodze do szpitala. Chłopiec ten wychowywał się w rodzinie bez ojca i od dwóch lat nałogowo zażywał LSD, metedrynę i marihuanę, co i raz popadając w stany depresyjne. Jego matka trzy razy wychodziła za mąż, lecz każde z małżeństw kończyło się konfliktem o niego. Jej mężowie nie mogli znieść jego obecności, a ona stając w sytuacji wyboru opowiadała się zawsze za synem. Chłopiec musiał bardzo mocno odczuwać spoczywającą na nim odpowiedzialność za niepowodzenia miłosne matki. Jednocześnie zaś czuł do niej pociąg seksualny, co tylko wzmacniało w nim poczucie winy. Coraz częściej sięgał po narkotyki i popadał w stany załamania nerwowego. Skończyło się na tym, że matka postanowiła oddać go do szpitala psychiatrycznego.

W drodze do szpitala w Dallas matka zatrzymała samochód na prośbę syna, który chciał coś kupić w sklepie. Kiedy wrócił, miał ze sobą inhalatory, które namiętnie wkładał do nosa wdychając ich zawartość. Samochód przemierzał bezludne połacie, gdy nagle rozpętała się śnieżyca. W środku było ciepło i przytulnie. Bezpiecznie jak u mamy. Chłopak czuł się na haju pod wpływem wdychanego specyfiku. Zwinął się w kłębek i zaczął się onanizować. Nagle, matka zatrzymała samochód i mimo sprzeciwu syna poszła do przydrożnej restauracji. Kiedy wróciła po dziesięciu minutach, usłyszała krzyk: "Zrobiłem to, zrobiłem!" Zaniepokojona, szybko otworzyła drzwi od samochodu. Jej oczom ukazał się niesamowity widok. Oto jej syn włożył sobie palce do oczodołów, krzycząc: "Musze je wyjąć!" I tak też uczynił na przekór jej próbom powstrzymania go od tego.

Szesnastolatka zawieziono do szpitala, gdzie po udzielonej mu pomocy lekarskiej poddano go obserwacji psychiatrycznej. Chłopak nie pamiętał nic z minionych wydarzeń poza uczuciem podniecenia oraz głosem, który mu mówił: "Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe ciało twoje miało pójść do piekła". Był to ni mniej ni więcej fragment "Ewangelii św. Mateusza", na który lubią powoływać się zwolennicy amputacji. Co ciekawe, psychiatrzy zauważyli tak niezwykłą zbieżność między przypadkami samo-okaleczeń a powoływaniem się na ten fragment z "Biblii", że aż w niektórych szpitalach psychiatrycznych ogłoszono zakaz dawania "Pisma Świętego" do lektury schizofrenikom, ze strachu przed zbyt dosłownym go odczytaniem.

Powyżej opisany przypadek jest niemalże modelowym zobrazowaniem kompleksu Edypa. Mity greckie przedstawiają Edypa jako niechciane dziecko władców Teb, Lajosa i Jokasty. Jak powiada legenda, pewnego razu wyrocznia delficka ostrzegła Lajosa, że zginie z rąk własnego syna. Kiedy więc narodził się mu potomek, król postanowił przekłuć mu stopy żelaznymi kolcami i porzucić go w górach. Dziecko znaleźli pasterze i zanieśli królowej Koryntu, która nie miała własnego potomstwa. Młody Edyp wychowywał się w smutku i przeświadczeniu, że nie zna swego pochodzenia. Udał się zatem do Delf, by dowiedzieć się prawdy o sobie. Tam zaś usłyszał głos boży, który ostrzegał go, by nie wracał do swojej ojczyzny, ponieważ zabije ojca i ożeni się ze swoją matką. Przekonany o tym, że jego rodzicami są władcy Koryntu, postanowił uniknąć spełnienia się proroctwa i udał się na dobrowolne wygnanie. Na swojej drodze napotkał jednak powóz swego prawdziwego ojca, Lajosa, z którym posprzeczał się o to, kto ma pierwszeństwo przejazdu i zadał mu śmiertelny cios. Nieświadom tego co uczynił, Edyp udał się do Teb, gdzie pokonał prześladującego miasto potwora, Sfinksa. W nagrodę za to otrzymał rękę wdowy po Lajosie, Jokasty, z którą wkrótce dorobił się czterech dzieci. Po latach Teby nawiedziła straszliwa zaraza, a wyrocznia delficka orzekła, że kres jej położyć może dopiero ukaranie mordercy Lajosa. Wezwano więc wróżbitę Tejrezjasza, który objawił Edypowi straszliwą prawdę. Edyp, na wieść o tym, że zabił ojca swego i utrzymywał stosunki kazirodcze ze swoją matką, pozbawił się wzroku i zmarł na wygnaniu. Nie trudno zauważyć podobieństwo między opisywanym tutaj aktem samo-okaleczenia a historią Edypa. W obu przypadkach utrata wzroku jest konsekwencją wstydu odczuwanego pod bacznym okiem matki.

Nie wszystkie jednak przypadki ciężkich samo-okaleczeń są skutkami psychozy. Dopiero od niedawna zaczęto zauważać związki pomiędzy fantazjami na temat amputowanych kończyn a podnieceniem seksualnym. Zjawisko to zostało po raz pierwszy poruszone przez pismo Penthouse, które w 1972 roku opublikowało serię listów od osób odczuwających podniecenie na myśl o amputacji którejś ze swoich kończyn. Wrześniowy numer Penthouse'a, który rozpoczął debatę nad tą nietypową formą fetyszyzmu bardzo szybko stał się obiektem kultu coraz liczniej ujawniających się miłośników amputacji. Wkrótce, zjawisko to stało się na tyle znaczące, że stworzono dla niego nowe pojęcie - apotemnofilia, czyli "zamiłowanie do amputacji". Zwolenników amputacji podzielono na dwie kategorie osób. Do pierwszej z nich należą tzw. "wannabe", czyli osoby, które podniecają się na myśl o tym, że mogą sobie coś amputować. Drugą grupę osób stanowią "devotee", czyli osoby podniecające się na widok asymetrii cielesnych u innych osób, pozbawionych nogi, ręki czy ucha. Co ciekawe, rzadko się zdarza by jakiś "wannabe" był równocześnie "devotee" i vice versa. Ponadto, w trakcie prowadzonej dyskusji, okazało się, że zdecydowana większość miłośników amputacji to mężczyźni o preferencjach bi- bądź homoseksualnych.

Nie wszyscy miłośnicy amputacji spełniali swoje fantazje erotyczne. Rzadko kiedy "devotee" nawiązywali związki seksualne z osobami kalekimi, choć wielu z nich wybierało pracę w szpitalach i instytucjach pomagających osobom kalekim. Jeszcze trudniej było zrealizować swoje marzenia "wannabe" z racji tego, że lekarze nie zgadzali się na wykonywanie amputacji bez "poważnych" powodów zdrowotnych. Niektórym "wannabe" pozostawały więc same fantazje. Inni decydowali się wziąć sprawy w swoje ręce. Do kanonów klasyki apotemnofilii przeszła opowieść o pewnym mężczyźnie, który co kilka miesięcy konsekwentnie odcinał sobie po paluszku. Mężczyzna ten rozkoszował się każdą kolejną modyfikacją ciała, a żeby nie nasycić się zbyt szybko, wykonywał je po kawałeczku. Zaczął więc od odcinania sobie paznokci, po czym paluszek po paluszku obciął sobie wszystkie palce jednej ręki. Aby zaś dopełnić swego dzieła, wziął skalpel i odciął sobie oszpeconą rękę.

Jakkolwiek drastycznie by to nie brzmiało, czasami trudniej jest żyć z obsesją na temat amputacji niż z odciętą kończyną. Świadczy o tym przypadek pewnego mężczyzny, który zgłosił się do specjalnej placówki psychohormonalnej przy John Hopkins Hospital z prośbą o pomoc w dręczącej go obsesji. Mężczyzna ten od trzynastego roku życia podniecał się na myśl o amputacji. Nieustannie nachodziło go pragnienie, by mieć obciętą nogę. Ta wizja własnej osoby towarzyszyła mu podczas wszystkich auto-, homo- i heteroseksualnych doświadczeń. Podniecał go również widok osób kalekich, a w wieku dojrzałym udało się mu dwa razy odbyć stosunek z osobami nie posiadającymi jednej nogi. Jak sam powiada, najbardziej lubił bawić się kikutami. Nie mniejszą rozkosz sprawiało mu przyglądanie się asymetriom ciała. A jednak, kontakty z osobami kalekimi nie zaspakajały w pełni jego fantazji. Nadal dręczyła go obsesja, by pozbyć się swojej nogi.

Niestety, żaden z lekarzy nie zgadzał się na operację. Musiał więc samemu pozbyć się kłopotu. Domowa operacja nie wchodziła w grę, gdyż wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem wykrwawienia się na śmierć. Postanowił więc zakazić sobie nogę tak, by lekarze musieli ją amputować. Wziął młotek i wbił sobie gwóźdź w goleń. Następnie, po wyjęciu gwoździa posmarował ranę wydzielinami z nosa i odbytu. Ku jego zadowoleniu, noga zaczęła puchnąć, zdradzając oznaki poważnego zakażenia. Zgłosił się wtedy do szpitala, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy. Następnie, przyjęto go na leczenie i...... zamiast amputacji, wyleczono mu nogę. Mężczyzna jeszcze wiele razy wykręcał sobie nogę, odmrażał ją lodem i nakłuwał brudnymi szpikulcami. Wszystko to okazało się zbyteczne wobec postępów medycyny. Jak sam twierdził, najgorsze w tym było to, że zadawał sobie ból, którego wcale nie lubił. Nie kierowały nim pobudki masochistyczne, a jedynie idea fixe związana z amputacją.

Na całym świecie żyje obecnie bardzo wiele osób borykających się z podobnymi problemami. Dla wielu z nich amputacja jest wybawieniem z dręczącej ich obsesji. Inni, obcinają sobie nogę lub rękę i nadal nie mogą uwolnić się od chęci ucięcia sobie czegoś więcej. Zanim więc obetnie się sobie kawałek ciała, warto pamiętać o tym, że bardzo często apetyt rośnie w miarę jedzenia.


okultura.pl
Odpowiedź z Cytatem
  #5 (permalink)  
stare 01-09-2008, 13:38
Avatar zisk
Founder
 
Zarejestrowany: Jun 2008
Reputacja: 26935
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Postów: 9,224
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Domyślnie

MODYFIKACJE CIAŁA cz. IV
"Niewolnicy ciała, ciała zniewolone"

DARIUSZ MISIUNA



Gdy ponad pół roku temu przedstawiłem na łamach "Plastika" trzy artykuły na temat modyfikacji ciała, nie spodziewałem się że wywołają one taką burzę niepokoju. Zatroskani rodzice martwili się o los swoich dzieci, które pod wpływem lektury tekstu o trepanacjach mogły zbytnio się otworzyć i wbić sobie do głowy jakieś głupie rzeczy. Zaniepokojeni obywatele oskarżali mnie o to że pisząc o kastracjach zmierzam do osłabienia potencjału biologicznego narodu. Nawet na pozór radośni i "odlotowi" miłośnicy "techno" kręcili nosem pod wpływem tekstu o amputacjach, twierdząc że nie jestem "cool", skoro piszę o takich okropnościach. Cóż bowiem może być pozytywnego w robieniu sobie dziur w głowie, amputowaniu kończyn, czy nie daj boże obcinaniu sobie genitaliów?

Abstrahując już od samego faktu utożsamiania osoby piszącej z tym co pisane (nie jest przecież powiedziane że mykolog jest grzybem), zastanawiający jest sam niepokój, jaki wzbudza wiedza na temat dawnych i współczesnych technik modyfikacji ciała. Wydaje się że lęk ten, skrywany często uśmiechem, wynika z akceptacji ciała jako rzeczy stałej, obarczonej przyrodzonymi (z woli Boga i ciał rodziców), niezmiennymi cechami, których nie wolno naruszać. W takim rozumieniu człowiek jest wyłącznym tworem natury, projektem DNA skazanym na istnienie w zakreślonym przez kod genetyczny planie. Każda zaś próba zmieniania tego projektu (od kolczyków i tatuaży, poprzez operacje plastyczne i zmiany płci, na przeszczepach, wszczepach i klonowaniu kończąc) traktowana jest jako wystąpienie przeciwko swojemu dziedzictwu, przeciwko boskiej mocy stwórczej (gdyż jak powiada Biblia: "Bóg stworzył człowieka na własne podobieństwo"), w najlepszym zaś razie jako niegroźne dziwactwo.

Tyle że homo sapiens, w odróżnieniu od innych gatunków, dysponuje mocą przemiany swego istnienia i, jak powiada Nietzsche, przemiana ta po wielokroć musi oznaczać "zanegowanie siebie", czy też raczej "tego" co uznajemy za "siebie". Człowiek jest bowiem w równym stopniu tworem natury co kultury i to właśnie kultura dostarcza nam interpretacji tego kim jesteśmy, dając nam spoiwo, dzięki któremu możemy posiadać stałą tożsamość. W kulturze europejskiej, zdominowanej przez religię chrześcijańską, między tym co "niezmienne" a tym co "dobre" położony został znak równości. Ciało zaś, ten tygiel niespełnionych żądz, już z racji swojej konstytucji uważane jest za potencjalne źródło chaosu. I jeśli jeszcze w średniowieczu uważano je za z góry skazane na potępienie, a więc nie godne uwagi (czego efektem był z jednej strony brak higieny, z drugiej zaś publiczne hulanki i swawole), to już od XVII-XVIII stało się źródłem tożsamości i statusu społecznego.

W 2 połowie XX wieku obserwujemy gwałtowny wzrost zainteresowania ciałem. Z jednej strony przyjmuje on postać mody, kosmetyki, "zdrowego stylu życia", z drugiej zaś strony przejawia się coraz większym zainteresowaniem modyfikacjami ciała. W obu przypadkach zainteresowanie to wywołane jest gwałtownym głodem tożsamości. W XX-wiecznym świecie chrześcijański dogmat o istnieniu jednego Boga - jednej tożsamości ulega gwałtownej erozji pod wpływem różnych wizji świata, oferowanych przez naukę i inne kultury. "Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone", jak zwykł mawiać posępny Hassan i Sabbah. Chaos wdziera się drzwiami i oknami, spędzając z oczu sen o jednej, stałej tożsamości. W tym świecie, gdzie wszystko jest zmienne, jedyną rzeczą, która zdaje się być trwała, jest ciało. I to ono właśnie staje się źródłem tożsamości. Paradoksalnie więc, zarówno ci, którzy wzburzają się na myśl o modyfikacji ciała, jak i ci, którzy się jej poddają, działają z tych samych pobudek. Różnica polega tylko na wierze w to, kto ma decydować o naszej tożsamości: czy Bóg, rodzice, społeczeństwo, czy też my sami?

To rozpęknięcie jest czysto nowoczesnym fenomenem. W dawnych kulturach nie istniał rozdział na to co "sztuczne" i to co "naturalne" (boskie), ponieważ nie wierzono w stałą tożsamość. Ciało poddawano licznym modyfikacjom i, co ciekawe, modyfikacje te stanowiły ważne funkcje społeczne. Jedną z nich było zaprowadzanie reżimu w porządku cielesnym. Ciała dyscyplinowano przy pomocy różnych narzędzi ograniczających ich ruch i rozwój. W ten sposób narzucony reżim utrwalał panujący w danej kulturze porządek społeczny. Czasem zaś, przez przypadek, spełniał i inne funkcje, stając się źródłem dodatkowych rozkoszy cielesnych, czy też wizji religijnych. Najczęściej, te różne ograniczenia rozpowszechniały się do tego stopnia, że w końcu stawały się modne, tworząc kanony wzorów estetycznych.

Tak było w przypadku obyczaju wiązania stóp, który w X wieku rozpowszechnił się wśród tancerek na dworze cesarskim w Chinach. Można przypuszczać że początkowo technika ta miała służyć wyłączeniu tancerek ze społeczności kobiet poprzez nadanie im dotkliwego piętna. Stopy tancerek przewiązywano luźno przepaskami. Przepaski te nie mogły krępować ruchów tancerek, dlatego w nieznacznym stopniu zmniejszały rozmiar ich stóp. Okazuje się jednak, że nawet tak drobna modyfikacja ciała spotkała się z dużym uznaniem i w ciągu dwóch stuleci wiązanie stóp stało się powszechnie stosowanym procederem. Z upływem czasu, doskonaliły się również techniki zmniejszania stóp. Stopę obwiązywano cienkim na pięć centymetrów i długim na półtora do trzech i pół metra materiałem lub bandażem, ściągniętym do granic możliwości, spod którego wystawał tylko kciuk. Gdy zaś pod wpływem ścisku stopa kurczyła się, wkładano ją do jeszcze mniejszych pantofli i ponownie bandażowano, zwiększając uścisk. Pomysłowi Chińczycy nie wydawali się być jednak zadowoleni z tej metody, gdyż z czasem zaczęli polewać stopy moczem, pełni wiary że uryna kurczy kości. Sam proces wiązania stóp rozpoczynał się u dziewczynek w wieku od trzech do dwunastu lat, chociaż w późniejszym okresie praktykowały go także kurtyzany, męskie prostytutki i transwestyci.

Jak zauważa Nancy MacKenzie istniały trzy powody, dla których to robiono. Po pierwsze, próżność - dawni Chińczycy uważali że małe jest piękne, a duże stopy utożsamiali z przynależnością do niższych warstw społecznych. Istniała więc prosta zależność między wielkością stopy a uznaniem, jakim mogła się cieszyć kobieta oraz jej mąż. Po drugie, małe stopy uważano za seksowne i niewiele czasu musiało upłynąć by stały się istotnym narzędziem zadawania rozkoszy. Obyczaj ten nazywano podocoitusem a najbardziej zażarci jego zwolennicy utrzymywali, że poziom rozkoszy zależy nie tylko od wielkości stopy (która im jest mniejsza tym jest lepsza), lecz dodatkowo od woni, którą ona roztacza. Preferowano przy tym zapach długo nie mytych stóp, co czasem prowadziło dosłownie do ich skruszenia. Niewiele lat musiało upłynąć, by Chinki, które miały bogatych mężów mogących sobie pozwolić na tę zaszczytną ekstrawagancję traciły paznokcie czy też nawet całe palce. Nie przeszkadzało to jednak ich admiratorom wielbić je i wynosić pod niebiosa.

Chińczycy wierzyli że mycie stóp prowadzi do ich rozluźnienia, rozkurcza mięśnie i sprzyja ich rozrostowi. Dlatego kobiety, które dbały o swój wygląd, a więc o to, by mieć jak najmniejsze stopy, pod żadnym pozorem ich nie myły. Było to swoiste tabu, które można było pogwałcić tylko raz w życiu, przed ślubem. Wtedy to kobiety zrzucały z nóg pęta i myły je w miednicy. Do znajdującej się w niej wody wrzucały dwa jajka, które następnie gotowały i dawały swoim mężczyznom do zjedzenia. Rytuał ten czasami doprowadzał przyszłych mężów do takiego stanu podniecenia, że gotowi byli wypić wodę z miednicy. Od tego czasu kobieta stawała się własnością męża, a rytuał wiązania stóp potwierdzał jego stan posiadania. Jak więc widać, jedna technika reżimu cielesnego służyć mogła różnym celom. Była oznaką bogactwa (nie każdy mógł bowiem pozwolić sobie na wydawanie dużych sum pieniędzy na bandaże i buty), służyła atrakcyjności seksualnej oraz (a może przede wszystkim) potwierdzała status kobiety jako własności mężczyzny.

Co ciekawe, wraz z bogaceniem się społeczeństwa rytuał wiązania stóp stał się swoistą modą, praktykowaną już nie tylko na dworach, w majątkach i domach publicznych, lecz również w mniej zamożnych rodzinach. Proceder ten przerwał dopiero dekret z 1915 roku, wydany na skutek działalności ruchów na rzecz praw kobiet, zabraniający mężom zmuszanie żon do wiązania stóp. W sierpniu tego samego roku ponad 763 tysiące kobiet uwolniło swe stopy od więzów, które miały je uszczęśliwiać. Niewielkie musiało być to szczęście, skoro dziś tylko w odległych chińskich wioskach zobaczyć można staruszki ze związanymi stopami.

Podobnie wieloraką funkcję pełniła inna technika kurczenia ciała, zwana "krępowaniem". Któż z nas nie słyszał o gorsetach, sztywnych wklęsłych materiałach, nakładanych na kobiecy tułów, których zrzucenie stało się symbolem emancypacji płci pięknej? Obyczaj ten praktykowany był w najbardziej zamierzchłych czasach, bo już w starożytnej Grecji na wyspie Krecie. Młodzieńcy i panny w wieku od 15 do 25 lat prześcigali się w tym, kto z nich najmocniej zwęży sobie talię. Wszystko wskazuje na to, że w kulturze europejskiej gorsety pełniły początkowo funkcję estetyczną, bo dzięki nim można było uzyskać faworyzowaną cienką talię. Dopiero w XIX wieku stały się symbolem zniewolenia kobiet poprzez nadanie im wizerunku towaru w opakowaniu.

Emancypacja kobiet nie była jednak w stanie wykorzenić zwyczaju noszenia gorsetów, który w drugiej połowie XX wieku powrócił do mody. Zapewne niemałą rolę odegrała w tym procesie plotka jakoby gorsety wzmacniały rozkosze zmysłowe. Opierała się ona na takiej oto przesłance, że nałożony na ciało gorset sprzyjał odpływowi krwi z tułowia, która gromadziła się wtedy w większej ilości w dolnej części ciała, czyniąc je bardziej wrażliwym i podatnym na bodźce zmysłowe (XX-wieczna rekordzistka, amerykanka Ethel Granger, po zdjęciu gorsetu miała 33 cm. w talii. Pani Granger nosiła gorset przez całe życie, co nie przeszkodziło jej dożyć późnej starości.) Co by nie mówić o seksualnej motywacji w noszeniu gorsetów, pozostaje faktem że w sposób znaczący naruszały one proporcje ciała na korzyść pośladków i piersi. Na dodatek, zniewolone gorsetem kobiety rozpalać musiały w mężczyznach instynkt zdobywcy, czyniąc z teatru seksu spektakl dominacji.

Krępowanie ciała nie było jednak zwyczajem tylko europejskim. Praktykowano go w Azji, Indonezji i południowej Afryce. Antropolog John Foster Fraser pisał:"Gdy papuaski chłopiec wkracza w wiek, w którym angielski chłopiec zaczyna myśleć o noszeniu stojących kołnierzyków, zamiast wkładania swej szyi w sztywny, wąski materiał, wpycha swą talię w drewniany pas, tak wąski i mocno zaciśnięty, że jego żebra wysuwają się nad nim jak pierś gołębia gardłacza. Pas ten wieńczy z tyłu jakby ogon, który wlecze się za chłopcem po ziemi. Im bardziej wąska jest jego talia, tym większym szacunkiem może się cieszyć. Po założeniu drewnianego pasa chłopiec nazywany jest Ibitoe i otrzymuje prawo do cieszenia się wszelkimi przywilejami wieku dorosłego". Zwyczaj ten jeszcze do dziś praktykowany jest na Nowej Gwinei. Ci zaś antropolodzy, którzy widzieli w nim narzędzie podporządkowywania kobiet, musieli zmienić swoje teorie na wieść o tym, że gorsety występują głównie w kulturach matriarchalnych bądź matrylinearnych, gdzie preferowani są mężczyźni, którzy ze względu na węższą talię mniej jedzą i są łatwiejsi do utrzymania. Nie inaczej wygląda to w przypadku innych technik krępowania, takich jak obrączkowanie czy zakładanie obręczy na szyje, które praktycznie wyłącznie stosowane są w kulturach matriarchalnych.

Czasami jednak ograniczenia fizyczne narzucane ciału wyraźnie służą wyłączeniu pewnych jego funkcji do celów niewolniczych. Tak było w starożytnej Grecji i Rzymie, gdzie rozpowszechniony był zwyczaj kolczykowania genitaliów niewolników, i to zarówno mężczyzn jak i kobiet. Gdy syn niewolnika wchodził w wiek dojrzewania, zakładano mu olbrzymi kolczyk z brązu na penisa, żeby nie przychodziła mu do głowy myśl o rozkoszach cielesnych. Sądząc po posągach rzymskich niewolników, które zachowały się m.in. w paryskim Luwrze, kolczyk wbijany był w trzon penisa, w pozycji pionowej lub horyzontalnej, zwykle tuż za żołędziem. Czasami, druga strona kolczyka przytwierdzana była do tułowia lub do cewki moczowej, co tylko zwiększało bolesność erekcji. Same zaś końcówki kolczyka były zgrzewane, by nie można było go zdjąć. Gdy chłopiec dojrzewał, nie był w stanie odbywać stosunku ani nawet myśleć o seksie, który kojarzył mu się z uczuciem wielkiego bólu. Tak zakolczykowani niewolnicy byli milej widziani na dworach panów niż eunuchy, ponieważ podobnie jak oni nie trwonili swojej siły życiowej na seks, nie stanowili zagrożenia dla ich żon i córek, a przy tym, w przeciwieństwie do eunuchów, byli silni i mniej podatni na choroby.

Zwyczaj kolczykowania dotyczył również niewolnic. Niestety, trudno w tej chwili jest powiedzieć, jaką przybierał on postać. W literaturze klasycznej istnieją wszakże wzmianki o tzw. "łańcuchach czystości", ale nie mamy pewność jak one wyglądały. Możemy co najwyżej przypuszczać że były to łańcuchy złożone z szeregu kolczyków przeszywających z obu stron wargi większe pochwy, lecz nasza wiedza ogranicza się do eksponatu znajdującego się w Muzeum Brytyjskim. Składa się on z trzech rzędów kolczyków o średnicy dwóch centymetrów i grubości półtora milimetra. Najprawdopodobniej, boczne rzędy przytwierdzane były do dwóch większych warg, a środkowy służył takiemu ich złączeniu, by niewolnica odczuwała ból przy każdej próbie zbliżenia się do swych genitaliów. Niewolnice kolczykowano najpewniej z tych samych przyczyn co niewolników. Eliminowano w ten sposób marnotrawstwo energii wydatkowanej na seks oraz (o Afrodyto!) zajście w ciążę. W obu przypadkach, u mężczyzn i u kobiet, obrączkowanie służyło jeszcze jednemu celowi - potwierdzeniu ich niewolniczego statusu.

Jakkolwiek barbarzyńsko by to nie brzmiało, z podobnym zwyczajem mamy do czynienia we współczesnych Indiach. Praktykują go sadhu, czyli święci asceci poddający swe ciała różnym próbom wytrzymałości, mającym uwolnić ich myśli od więzów cielesności i wznieść na wyżyny ducha. Zwyczaj ten przyjmuje dwie formy maltretowania męskich genitaliów. Pierwsza z nich polega na wydłużaniu penisa do takiej długości, by przestawał on pełnić funkcje seksualne. Dorośli Hindusi zakładają w tym celu odważnik na penisa, który związują sznurkiem bądź przytwierdzają hakiem. Odważnik może zostać po pewnym czasie zdjęty, lecz zwykle śluby ascezy składane są na całe życie, przez co sadhu zapomina o zwisającym mu ciężarze i o samym penisie, który nieraz wydłuża się do makabrycznego rozmiaru pięćdziesięciu centymetrów. Inna technika polega na odwróceniu tego procesu. Dojrzewający sadhu związuje swego penisa kawałkami materiału, ściskając go na dodatek mocno przepaską. Przepaska ta luzowana jest tylko w razie konieczności oddania moczu, co zdarza się rzadko, zważywszy na fakt że sadhu odżywiają się bardzo skromnie. Celem tej praktyki jest doprowadzenie do takiej sytuacji, by penis skurczył się do jak najmniejszych rozmiarów, jądra zaś weszły do jamy brzusznej. Pozostaje jednak wciąż pytanie, jaka idea przyświeca tego rodzaju praktykom.

Jak już zauważyłem wcześniej zwyczaje wiązania i krępowania ciała służą różnym funkcjom społecznym, estetycznym i seksualnym. Nie można tu jednak zapominać o jeszcze jednej ważnej funkcji, jaką jest wprowadzanie w odmienne stany świadomości. Jak zauważa Fakir Musafar, przekonanie że życie udane musi się wiązać z wygodą jest bardzo nowym, czysto europejskim wymysłem. W kulturach archaicznych i pierwotnych, bądź też tam, gdzie dawne obyczaje nadal są praktykowane, wiązanie i krępowanie uczyło ludzi że nie są swoimi ciałami. Pełniło więc funkcje religijne, ucząc przy tym jak ból można przemienić w przyjemność poprzez prostą zmianę nawyków. Paradoksalnie więc to, co może wydawać się nam barbarzyństwem, było narzędziem cywilizowania ludzi, uczenia ich wyzwalania się z więzów ciała. Zniewalanie ciał służyło wyzwoleniu się spod ich kontrolki. Warto o tym pamiętać, wiodąc niezmienne życie na "dzikim" Zachodzie.

okultura.pl
Odpowiedź z Cytatem
  #6 (permalink)  
stare 01-09-2008, 13:39
Avatar zisk
Founder
 
Zarejestrowany: Jun 2008
Reputacja: 26935
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Postów: 9,224
zisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond reputezisk has a reputation beyond repute
Domyślnie

MODYFIKACJE CIAŁA cz. V
"Archaiczne techniki osiągania ekstazy"

DARIUSZ MISIUNA



Poszukiwanie niezwykłych stanów świadomości od niepamiętnych czasów towarzyszyło gatunkowi ludzkiemu, tworząc oś wokół której wykształciła się najstarsza religia ludzkości - szamanizm. Nie bez znaczenia Mircea Eliade nazywał praktyki szamańskie "archaicznymi technikami ekstazy", kładąc nacisk na to ostatnie słowo jako wyznacznik prawdziwego szamana. Albowiem tym, co wynosiło szamana ponad resztę wspólnoty plemiennej była właśnie ekstaza, czyli zdolność do wykraczania poza swój własny stan (eks-staza). Umiejętność ta właściwa była nielicznym, którzy z wyroku losu (poprzez wizje) i powołania społecznego (przez dziedziczenie), wkraczali do światów transcendentnych, zamieszkiwanych przez bogów, przodków, istoty anielskie i demoniczne, skąd czerpali moc i wiedzę przydatną w rozwiązywaniu problemów wspólnoty i jednostek.

Dla Eliadego, jak i dla większości religioznawców i antropologów, którzy jeszcze do niedawna tworzyli mainstream nauk o człowieku, zrównanie szamanizmu z technikami ekstazy miało tę zaletę, że pozwalało sądzić o wyjątkowości stanów świadomości będących efektem ekstazy. Tym samym zaś stanowiło kolejny dowód na rzecz tezy, że świat społeczny rządzi się innymi prawami od świata religii, których współistnienie możliwe jest tylko dzięki hierarchicznym strukturom. Teza ta w gruncie rzeczy obrazowała słynne, skądinąd imperialne powiedzenie: "oddajcie Bogu co boskie, a Cesarzowi co cesarskie". Problem w tym, że nie do końca odzwierciedlała funkcję, jaką pełniły "archaiczne techniki ekstazy".

W świetle najnowszych odkryć archeologicznych coraz trudniej jest mówić o ekskluzywistycznym charakterze praktyk ekstatycznych. Archeolodzy co i rusz wykopują czaszki naszych praprzodków z dziurami będącymi śladami po rytualnych trepanacjach. Najstarsza z nich, wykopana w 1997 roku na terenach francuskiej Alzacji, pochodziła z okresu wczesnego neolitu (5 000 lat p.n.e.) i nosiła ślady po dwóch trepanacjach, które z racji braku innych skaz na czaszce, niewątpliwie musiały służyć celom rytualnym. Mniej więcej na podobny okres historyczny datuje się znaleziska dziwnie powyginanych kości ludzkich. I tu znowu brak zmian chorobowych w strukturze kości świadczyć może o tym, że kształt, jaki one przybrały był efektem długotrwałych modyfikacji ciała.

O niezwykle zróżnicowanej strukturze, jaką posiadały archaiczne techniki ekstazy, świadczy fakt, że oprócz śladów po modyfikacjach ciała, archeologowie odkryli w dawnych miejscach pochówków substancje roślinne wprowadzające w odmienne stany świadomości. Najbardziej zdumiewające tego rodzaju odkrycie miało miejsce w Muzeum Monachijskim, gdzie w 1992 roku światowej sławy patolożka, Swietłana Bałabanowa wykryła w mumiach egipskich śladowe ilości kokainy i nikotyny. Odkrycie to wywołało wielką wrzawę w świecie nauki, jako że wiek mumii o kilka tysięcy lat poprzedzał odkrycie Ameryki, skąd pochodzą obie substancje. W celu zweryfikowania badań Bałabanowej, mumie poddano podobnym testom w dwóch niezależnych laboratoriach i otrzymano te same wyniki. Bałabanowa przystąpiła zatem do kompleksowych badań nad mumiami z Egiptu, Sudanu, Chin i Niemiec, podczas których w jednej trzeciej z nich odkryła ślady nikotyny. Jej odkrycia świadczyć by mogły albo o tym, że tytoń wykorzystywano do celów mumifikacji albo też o tym, że była to popularna wśród starożytnych używka.

Jakiekolwiek wnioski by nie płynęły z tych archeologicznych objawień, jedno jest pewne, że w archaicznych technikach ekstazy niemałą rolę odgrywały halucynogeny. Substancje psychoaktywne stosowano prawie wszędzie na świecie podczas rytuałów i obrzędów przejścia. Pamiętam że sam byłem zdumiony, gdy pewien mój znajomy z warszawskiego Muzeum Archeologii pokazał mi fajkę w której nasi przodkowie palili (psychoaktywne) konopie. Oficjalna wersja wydarzeń powiada, że fajka ta służyła do wytopu mosiądzu. Zarówno jednak jej rozmiar jak i potwierdzony laboratoryjnie brak pozostałości po mosiądzu (i stwierdzona obecność resztek dziwnych ziół), wskazuje na jej zupełnie inne wykorzystanie. Jeszcze na początku naszego wieku, antropolog Sara Benetowa opisywała praktykowany w Polsce podczas dożynek obyczaj jedzenia (już nie psychoaktywnej) zupy konopnej. Jak widać, archaiczne techniki osiągania ekstazy też przechodziły swoiste modyfikacje.

Nie bez przyczyny większość tych dziwnych odkryć archeologicznych dotyczy wykopalisk z okresu neolitu. Jakkolwiek by to bowiem dziwnie nie brzmiało współczesny człowiek jest produktem rewolucji społecznej, do której doszło około sześciu tysięcy lat temu. Wtedy to ludzkość odkryła rolnictwo i założyła pierwsze osady. Osiadły tryb życia sprzyjał rozwinięciu stabilnej, hierarchicznej organizacji społecznej, jak również wykształceniu się zorganizowanych form religijnych. Te zaś uporządkowały chaos, jaki panował w archaicznych technikach ekstazy. O ile bowiem pierwsze rysunki naskalne świadczące o stosowaniu roślin halucynogennych i technik deprywacyjnych pochodzą z górnego paleolitu (40 000 lat temu), proces ten zakończył się we wczesnym neolicie (jakieś 4-5 tysięcy lat temu). Nie oznacza to wcale tego, że ludzie przestali poszukiwać ekstazy. Po prostu, w ciągu tych trzydziestu pięciu tysięcy lat dzięki ekstatycznym wizjom rozwinęła się ludzka zdolność do empatii, zachowań altruistycznych i myślenia symbolicznego. Procesom tym towarzyszyły poważne zmiany w strukturze mózgu.

Jak zauważa dr Henryk Kliszko z Instytutu Socjologii UW, "obecny mózg w tym kształcie jaki posiadamy był prawdopodobne skutkiem operacji, jakich człowiek dokonywał na sobie samym... Poprzez nie zmieniano świadomość, a i zapewne sieci połączeń neuronalnych. Dzięki środkom transowym, psychodelikom i halucynogenom rozwinęły się płaty czołowe o niespotykany u innych naczelnych naddatek: korę nadoczodołową, wraz z niespotykaną w innych częściach mózgu gęstą siecią połączeń neuronalnych, aksonów biegnących od układu limbicznego, wzgórza i pnia mózgu". Innymi słowy, to właśnie archaiczne techniki ekstazy wytworzyły nasz mózg. Była to ostatnia taka poważna zmiana w życiu człowieka i można powiedzieć, że od sześciu tysięcy lat panuje w nim zastój.

W olbrzymim skrócie można powiedzieć, że istnieją dwie podstawowe metody zmieniania stanów świadomości. Pierwsza z nich polega na naruszaniu równowagi neurologicznej organizmu poprzez wprowadzanie do niego substancji psychoaktywnych. Druga zaś polega na wywoływaniu zmian psychicznych poprzez modyfikowanie tzw. "przestrzeni życiowej". Do tej drugiej kategorii należy cała gama "środków", począwszy od zmian społecznych, poprzez praktyki religijne, skończywszy zaś na modyfikacjach ciała. Co ciekawe, w większości przypadków sam "realny" czas modyfikacji trwa bardzo krótko, pozostawiając po sobie jednak długotrwałe zmiany psychiczne.

Jak bardzo długotrwałe mogą być to zmiany i jak znaczące skutki nie tylko dla jednostek, lecz i dla całych społeczności mogą przynosić, możemy dowiedzieć się z historii religii. Niemalże wszystkie systemy wierzeń mają bowiem swe źródło w doznaniach mistycznych, w wizjach religijnych. Te zaś zazwyczaj są konsekwencjami rozmaitych praktyk transowych. Nie bez przyczyny Jezus Chrystus udał się na pustynię, gdzie przez czterdzieści dni poddawał się wyczerpującym praktykom deprywacji sensorycznej. Rozpaliły one weń ogień wiary i napełniły mocą niezbędną dla wypełnienia jego misji życiowej. Chrześcijaństwo przedstawia zresztą bardzo ciekawy model religii ofiarniczej, w której drastyczne zabiegi na ciele mają służyć wzniesieniu ducha ludzkiego ku boskości. Jak bardzo daleko mogą posunąć się te praktyki, widać na przykładzie samego Chrystusa, którego ostateczna "przemiana" wiązała się z ukrzyżowaniem.

Niewiele mniejszą determinację wykazywał Odyn, jeden z głównych bogów panteonu nordyckiego, który, jak głoszą mity, w celu zdobycia wiedzy i mądrości powiesił się na Ydggrasilu, Drzewie Świata, gdzie wisiał przez dziewięć dni, poznając sekrety run - liter alfabetu staronordyckiego, będących zarazem znakami magicznymi. Odyn gotów był również oddać swoje oko za wody mądrości w studni Mimira, dzięki czemu stał się symbolem ofiarności i oddania za wiedzę. Mądrość Odyna pochodziła więc z ekstatycznych wizji, które przepajały jego duszę poezją. Odyn był jednak również ojcem i panem wojny, a jego drugie imię - Wotan - znaczyło "szalony". Skąd ta dwojakość? Dr Jerzy Bąbel, badacz mitów nordyckich uważa, że te dwie cechy Odyna mogą wskazywać na stosowanie substancji halucynogennych przez ludy Europy Północnej. W przypadku Skandynawów substancją tą mogła być amanita muscaria, czyli muchomor czerwony. Jego ikonograficzne przedstawienia widać na wielu rysunkach łodzi Wikingów. Sami zaś wojownicy nordyccy słynęli z tego, że wpadali w szał bojowy, dlatego też nazywano ich berserkami. Muchomor w małych ilościach mógł wywoływać wizje mistyczne i skłaniać do artystycznej kreacji. Jednakże jego duże dawki, wsparte odpowiednią sugestią, wywoływały szał nienawiści, niezwykle skuteczny w boju.

Na rzecz stosowania środków halucynogennych przez dawnych Skandynawów i Germanów może świadczyć "Opowieść o Gullweig", pięknej, złocistej kobiecie, która przybyła do siedziby bogów Asów nie wiadomo skąd i w jakim celu. Bogów natychmiast urzekło jej piękno, a jej czar rozbudził w nich miłość do rzeczy pięknych i drogich. A ponieważ nikt nie śmiał jej niczego odmówić, pozwolono jej także wejść do Midgardu, świata ludzi. Decyzja ta przyniosła straszne skutki. Gdy tylko ludzie ujrzeli Gullweig, zaczęli judzić się nawzajem i bić o majątki. Wtedy to Odyn postanowił zgładzić Gullweig. Rozpalono więc wielki ogień i ciśnięto ją w płomienie, lecz choć po trzykroć to czyniono, nic nie było w stanie jej uśmiercić. Za każdym razem była coraz bardziej lśniąca, aż w końcu śmiejąc się złowróżbnie, rozpłynęła się w blasku słońca.

Jak się później okazało, Gullweig była wysłanniczką Wanów - bogów płodności i przyrody - o których obecności Asowie nie mieli wcześniej pojęcia. W opinii większości historyków Asowie przedstawiają indoeuropejskich najeźdźców, którzy w dawnych czasach przybyli do Europy, by podbić tu rdzenne, pokojowo nastawione ludy megalityczne (czyli Wanów). "Opowieść o Gullweig" może więc przekazywać prawdę o pierwszym kontakcie między tymi ludami, co jest tym bardziej niezwykłe, gdyż Gullweig w dawnym języku znaczy "Złoty Napój". Być może więc rację mają ci, którzy twierdzą, że indoeuropejscy wojownicy zetknąwszy się ze swawolną ludnością rdzenną Europy Północnej, przyjęli od niej zwyczaj intoksykowania się muchomorami. A jako że byli ludami wojowniczymi, włączyli tę substancję do arsenału swoich środków bojowych.

Różnorodność substancji chemicznych mogących wywołać drastyczne zmiany w życiu psychicznym jednostek jest równie wielka, co ilość sposobów wprowadzania w odmienne stany świadomości poprzez modyfikacje ciała. Współczesny barbarzyńca lub też, jak sam woli siebie określać, "neoprymitywista", Fakir Musafar wymienia siedem sposobów "zabawy z ciałem":

1. modelowanie ciała (gimnastyka, joga, powiększanie sutków, wiązanie stóp, rozciąganie części ciała itp.);

2. ściskanie ciała (wiązanie, gorsetowanie, zakładanie pasów i ściskającego ubrania, sznurowanie);

3. deprywacja zmysłowa (głodówka, skracanie czasu snu, działanie na zmęczenie, ograniczanie ruchów, izolowanie zmysłów w skrzyniach, klatkach, hełmach, workach itp.);

4. obciążanie ciała (noszenie ciężkich bransolet, naramienników, naszyjników, nakolanników, łańcuchów itp.);

5. oddziaływanie na ciało żarem (intensywne opalanie, elektrowstrząsy, gorące prysznice, przypalanie);

6. penetracja ciała (biczowanie, kolczykowanie, nakłuwanie, tatuowanie, stosowanie madejowego łoża oraz drażniących środków chemicznych itp.)

7. podwieszanie ciała (ukrzyżowanie, korzystanie z "kołyski czarownic", wiszenie na nadgarstkach, udach, ramionach i talii, podwieszanie się za kolczyki itp.).


Większość tych metod rozwinęła się pod wpływem praktyk religijnych. Niektóre, jak ukrzyżowanie i "kołyska czarownic", służyły za przestrogę dla tych, którzy by chcieli ów ład religijny naruszać. Niemal siedemdziesięcioletni dziś Fakir Musafar, Amerykanin o egzotycznej cerze i wyglądzie urzędnika bankowego, prawie wszystkie sprawdził na własnej skórze. Dla Fakira poddawanie się ciągłym próbom bólu i przekraczanie ograniczeń ciała stanowi sens życia. "Każdy posiada ciało" - mówi Fakir - "i gdyby tylko naprawdę to zrozumiał, mógłby robić z nim, co się żywnie podoba... W kulturach, w których pierwiastek żeński jest bardziej wyrazisty niż w naszej, jak na przykład w Indiach, uznaje się za całkiem normalne zmienianie, czy też "okaleczanie" ciała. Jest to część ich tradycji. Żyjący w nich ludzie zamiast krzyczeć "To szaleństwo! Przecież to boli!", przyjmują racjonalną postawę wyrażaną w pytaniu: Czemu by tego nie spróbować?"

Fakir pierwsze próby modyfikacji ciała podjął w wieku lat trzynastu, przebijając sobie śrubą napletek penisa. Zaraz potem przyszedł czas na tatuaż własnej roboty, wykonany przy pomocy igły i tuszu. Stąd zaś niedługa była droga do eksperymentów z ciężarkami przypiętymi do ciała oraz pasami ściskającymi talię do rozmiaru 35 centymetrów. Te wczesne eksperymenty pozwoliły mu oswoić się z bólem, gdyż, jak mówi: "jedną z pierwszych rzeczy, których można nauczyć się podczas odmiennych stanów świadomości jest oddzielanie swej świadomości od ciała. Nie oznacza to, że odcinasz się od swego ciała. Po prostu, pewna część ciebie, odpowiedzialna za czucie i myślenie może oddzielić się od wrażeń cielesnych. Nie czujesz bólu. To twoje ciało czuje ból. Ty zaś tylko obserwujesz pojawiające się wrażenia. Jeśli potrafisz nauczyć się odwracać swoją uwagę od ciała, możesz praktycznie wszystko z nim robić i nie czuć bólu! Jeśli zaś twoja uwaga zamknięta jest w ciele, nie zaś zogniskowana gdzieś poza ciałem bądź skupiona na jakimś jego fragmencie, wtedy będziesz czuł ból".

Pośród eksperymentów Fakira Musafara na szczególną uwagę zasługuje Taniec Słońca, do dziś praktykowany przez Indian Ameryki Północnej. Jeden z indiańskich mitów powiada że "pewnego razu przybył do nas z gór wysoki, złotowłosy mężczyzna, który powiedział, że jeśli nie chcemy zginąć, musimy co roku wiosną lub latem wykonywać ten taniec i że każdy mężczyzna nim stanie się wojownikiem musi to zrobić, powiesić się w wigwamie na hakach wbitych w ciało".

Taniec Słońca może mieć dwie wersje. Pierwsza z nich polega na przywiązaniu się długim sznurem do gałęzi drzewa, przy czym, by cały rytuał nie wyglądał zbyt sielankowo, sznur jest przymocowany do ciała hakami wbitymi w piersi. Metodę tą Indianie nazywają "walką z samym sobą". Każdy Indianin musi choć raz w życiu odtańczyć taki taniec z naprężonym sznurem w piersiach i ma to robić aż do chwili, gdy straci świadomość. Druga wersja Tańca Słońca nazywa się O-KI-PA i jest praktykowana przez Siouxów. Polega ona dosłownie na powieszeniu się na drzewie przy pomocy sznurów przytwierdzonych hakami do kolczyków w piersiach. Indianie potrafią w ten sposób wisieć nawet przez pół godziny, a osiągane podczas tego rytuału wizje pomagają im rozwiązywać problemy trapiące wspólnotę.

W czasach współczesnych, pod koniec drugiego milenium, gdy coraz mniejszym szacunkiem cieszą się instytucje podpierające pozorny ład społeczno-religijny ludzie coraz częściej sięgają po archaiczne techniki ekstazy, czasem z potrzeby dodatkowych bodźców, które pomogą im wiedzieć że żyją, innym razem dla wizji, które pokierują ich życiem. W obu przypadkach ciało przestaje być spójną całością, zgrabną maszyną, w której wszystko musi być na swoim miejscu, by mogło dobrze funkcjonować. I staje się w zamian pojazdem wizji duchowych, prowadzących do nieba lub piekła, lecz nigdy donikąd.


okultura.pl
Odpowiedź z Cytatem
  #7 (permalink)  
stare 19-06-2009, 18:53
Avatar Kapsaicyna
Moderator
 
Zarejestrowany: May 2009
Skąd: Tarnów
Reputacja: 14800
Kapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond repute
Postów: 1,305
Kapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond repute
Domyślnie

"Modyfikacje ciała jako narzędzie transgresji – Modelowanie tożsamości w erze zniszczonego raju"


Conradino Beb






Gdybyśmy mieli określić czym jest wehikuł dzisiejszej rewolucji, jak huragan niszczącej tradycyjne pojęcie tożsamości, zorganizowane wokół kulturowych czy też religijnych symboli, to bez wątpienia musielibyśmy wskazać na ciało. Abstrahując od wartościowania tej kulturowej rewolty, gdyż jest to rozważanie puste, należy wyraźnie podkreślić, że wdziera się ono na swoje stare, uprzywilejowane miejsce odbierając moc stanowienia nad nim praw wszechwładnym apostołom ducha apatii. Przestaje być tym samym krępowane długowiekowym wzrokiem kulturowej cenzury i powraca, by zająć miejsce, gwarantujące mu naturalną rozkosz i radość.

W dobie cybernetycznego chaosu ciało niewątpliwie posiada siłę! Ma przewagę witalności nad pustymi oczodołami kapłanów martwego Boga. Sprzyja mu postmodernistyczne przemieszanie poziomów, gdyż jako formie, nastawionej na doznawanie przyjemności, podlegającej ciągłej zmianie, łatwiej jest mu operować w oceanie neuronowych sprzężeń. Ciało oczywiście relatywizuje doświadczenie, lecz dzięki temu centralizuje je i ożywia. Ciało niszczy pustkę niemożności i stwarza nową przestrzeń twórczą. Ciało wyzwolone z więzów duchowych ograniczeń, staje się w rzeczy samej autonomiczne, a jego pragnienia mają moc bomby atomowej! Co zaś najważniejsze, samo w sobie może wywoływać przemianę świadomości, która konieczna jest do tego, aby spójnie kontrolować swoją indywiduację. Tym samym jest ono doskonałym polem walki o wolność osobową i staje się dla człowieka idealnym drogowskazem transgresji.
* * *



W październiku 1991 r. nagłówki gazet na całym świecie obiegła niezwykła wiadomość, o wyjątkowym na skalę światową znalezisku. Andrzej Szyjewski opisuje owo odkrycie tak: Mężczyzna 25-30 letni, który najwidoczniej zamarzł w śnieżycy podczas wędrówki przez góry, w trawiastych butach, o skórze pokrytej tatuażami, z pozostałościami pyłu miedzi na włosach, miał na szyi zawieszony kamienny dysk, a w mieszku przy pasie halucynogenne grzyby. Tym samym łączy on w swojej wypowiedzi dwie rzeczy: tatuaż i środki psychedeliczne. Nie będziemy się tutaj wprawdzie zajmować dyskusją na temat znaczenia tych środków dla ludzkiej kultury, gdyż jest to temat na osobny artykuł, jednak głęboko interesuje nas fakt, iż już myśliwi-zbieracze z pewnością łączyli przemianę świadomości z modyfikacjami ciała. Tym samym, słuszne wydaje się założenie, że tatuaż zawsze miał związek z transgresją (inicjacją, rytuałem), pojętą jako najbardziej cielesne doświadczenie, mające przynieść człowiekowi większą wiedzę na temat jego ograniczeń i możliwości.

Przyjrzyjmy się jednak na tym przykładzie rzeczy, który nas najbardziej interesuje czyli samym tatuażom. Profesor Konrad Spindler z Uniwersytetu w Innsbruck – szef zespołu, zajmującego się badaniem znalezionego mężczyzny, nazwanego Ötzi, tak charakteryzuje ozdoby na jego ciele: Skóra ma niezwykłe znaczenie, ponieważ jest na niej kilka tatuaży: krzyż po wewnętrznej stronie lewego kolana, sześć linii prostych, długich na 15 cm, powyżej nerek oraz wiele równoległych linii na kostkach. Spindler sugeruje także, iż miejsca wykonania tatuaży sugerują ich terapeutyczne przeznaczenie. Hipoteza ta może być niezwykle trafna wobec praktyk leczniczych, związanych z modyfikacjami ciała, spotykanych w innych częściach świata. Jak pisze nasz nieżyjący już ekspert od akupunktury, Zbigniew Garnuszewski: W krajach arabskich marabuci (uzdrowiciele) zwalczali ból zakładając na ucho w ściśle określonym punkcie miedziane kolczyki.

Słowa te oczywiście potwierdzałyby hipotezę, iż poza wymiarem duchowym i rytualnym, modyfikacje ciała w przeszłości często miały sens zdrowotny. Na dokładkę do tej tezy, można byłoby jeszcze przytoczyć wyraźne ślady trepanacji czaszki, znajdowane już u myśliwych-zbieraczy z okresu Cro-Magnon, datowane na około 40.000 lat p.n.e. (sic!), wobec których wniosek jest niemal paradoksalny, iż były to pierwsze rodzaje zabiegów chirurgicznych, znane człowiekowi!

Z tego samego okresu pochodzą też pierwsze, wydobyte przez archeologów narzędzia do tatuowania. Francuski archeolog, Saint-Just Péquart, odkrywa je wraz ze swoją żoną pod koniec lat 30 XX wieku, w grocie Mas d'Azil. Wśród odnalezionych przez niego przedmiotów znajdują się: kamienne pojemniki na ochrę różnej wielkości i kościane igły, służące do nakłuwania skóry. Tak sprawa wygląda w świetle wykopalisk archeologicznych i badań historycznych. Na tym jednak na szczęście sprawa się nie kończy…
* * *


Dzisiejszy, masowy już w tej chwili trend modyfikacji ciała ma jednego, wielkiego ojca, który zwie się Fakir Musafar. Ten starszy dziś już pan, zasłynął jako wynalazca terminu "współcześni prymitywiści", który zmutował następnie do słowa "neoprymitywiści" (pokrewnego znaczeniowo słowom "neopogański" i "neoplemienny"). Jest on także twórcą koncepcji "najpierw ciało", która pozwoliła mu na wprowadzenie do współczesnej kultury tego, co nazwał "zabawą z ciałem". Do tej miłej człowiekowi zabawy zaliczył zaś takie czynności jak:

1. modelowanie ciała (gimnastyka, joga, powiększanie sutków, wiązanie stóp, rozciąganie części ciała)
2. krępowanie ciała (wiązanie, gorsetowanie, zakładanie pasów i ściskającego ubrania, sznurowanie)
3. deprywacja sensoryczna (głodówka, skracanie czasu snu, działanie na zmęczenie, ograniczanie ruchów, izolowanie zmysłów w skrzyniach, klatkach, hełmach, workach)
4. obciążanie ciała (noszenie ciężkich bransolet, naramienników, naszyjników, nakolanników, łańcuchów)
5. działanie na ciało żywiołem (intensywne opalanie, elektrowstrząsy, gorące prysznice, przypalanie)
6. penetracja ciała (biczowanie, kolczykowanie, nakłuwanie, tatuowanie, stosowanie madejowego łoża oraz drażniących środków chemicznych)
7. podwieszanie ciała (ukrzyżowanie, korzystanie z "kołyski czarownic", wiszenie na nadgarstkach, udach, ramionach i talii, podwieszanie się za kolczyki).

W tych punktach streszcza się oczywiście prawie cała wiedza społeczności plemiennych na temat tego, co można zrobić z ciałem, żeby wywołać dzięki temu przemianę świadomości. Fakir nigdy nie ukrywał zresztą, że od nich właśnie czerpał tą wiedzę i ona stała się także inspiracją dla jego pierwszych eksperymentów, które przeprowadzał na początku lat ’40. W chwili obecnej "zabawy" te można zaś obejrzeć na konwentach, podczas performance’ów, a także doświadczyć ich na warsztatach neoszamańskich lub sprawdzić osobiście posługując się jedynie własnym wyczuciem potrzeb i opublikować na fotoblogu.

Wiele z tych "zabaw" jest jednak, poza wykorzystywaniem ich przez współczesną kulturę Zachodu, cały czas w rytualnym użyciu pośród społeczeństw na całym świecie. Przykładem typowym może być tu Festival Kavadi w hinduskim mieście Tamilnadu, poświęcony bogowi Murudze, synowi Shivy. Wyznawcy oddają mu wtedy cześć w rytuale obnoszenia Kavadi (słowo to oznacza "poświęcenie w każdym kroku") – struktury, która może się wahać od kija z dwoma koszykami (zawierającymi ofiary z żywności), aż do wysmakowanego palankinu, zawsze z zawieszonymi dzwoneczkami, które sygnalizują kroki wyznawcy, zobowiązanego do milczenia przez cały czas trwania rytuału. Rytuał ten ma na celu duchowe zjednoczenie z Marugą w ekstazie, wynikającej z poświęcenia, tańca, znacznego ciężaru Kavadi i prób bólu, których dokonuje się przebijając język lub obydwa policzki długim szpikulcem w kształcie krótkiej włóczni. Niektórzy podwieszają się nawet na haczykach przebijając sobie skórę na plecach lub przechodzą z Kavadi po rozżarzonych węglach w ten sposób demonstrując swoje głębokie oddanie Marudze. Co najciekawsze, większość z wyznawców, nie odczuwa bólu, pogrążona bez reszty w stanie głębokiego transu.

Jak mówi sam Fakir Musafar w jednym z wywiadów: Poprzez użycie własnego ciała, jego modyfikację, możesz wejść w stany świadomości i odkryć prawdziwą naturę życia i samego siebie. W ten sposób kontynuuje on długą tradycję duchowego i rytualnego wykorzystywania modyfikacji ciała, które w innym celu stają się jedynie pokazem wysmakowanej estetyki, jednak bez żadnego wymiaru transgresyjnego.
* * *


W świecie plemiennym modyfikacje ciała miały zawsze swój określony czas i bardzo konkretne znaczenie. Wiązały się z przynależnością do rodziny, klanu, plemienia – symbolizowały uznanie przez duchy przodków. Były oznaczeniem statusu społecznego, a ich wykonanie wprowadzało w wiek dorosły, tak że nikt nie mógł już uważać w ten sposób naznaczonej jednostki za małoletnią.

Na Samoa, to tatuaż jest formą inicjacyjną, która miała tam zawsze silne tradycje i wykonywana jest do dziś ręczną metodą, za pomocą grzebyka z zębów rekina lub świni, przymocowanych do pałeczki od bębna.

Tatuaż na Samoa, jak każdą znaczącą tradycję dla społeczności plemiennej, tłumaczy mit. Głosi on, że dwie siostry: Tilafaiga i Taema zostały wysłane z Manu'a na Fiji w odwiedziny do córki króla Tuimanu'a. Kiedy tam przybyły, otrzymały w podarunku narzędzie do tatuażu od rodziny króla Tuifiti. Wracając do domu, bardzo uważały na ten dar śpiewając także pieśń, którą się nauczyły na Fiji tłumacząc ją jednocześnie na swój własny język. Jej treść brzmiała: “Kobiety są wytatuowane, a mężczyźni nie". Były bardzo wykończone kiedy przybyły do domu i przez zmęczenie odwróciły znaczenie pieśni. Kiedy dotarły do Savaii, zostały przyjęte w chacie najwyższego wodza i były traktowane z honorem, aż do wypoczęcia. Zanim dotarły do Manu’a, zaoferowały wodzowi i członkom plemienia narzędzie do tatuowania, które otrzymały od króla Tuifiti. Ludzie z Savaii natychmiast zaczęli tatuować młodych mężczyzn tak, jak się nauczyli z pieśni dwóch kobiet.. Tatuaż (na Samoa znany jako pe’a) stał się oznaką wysokiego statusu pośród młodych, poza Manu’a, gdzie król nie zgodził się na tą praktykę.

Do dzisiaj zwyczaj ten na Samoa nie zaginął i możemy tam podziwiać piękne, prymitywistyczno-geometryczne dzieła, wykonywane od pasa w dół aż do kolan. Pierwszy Europejczyk, który postawił nogę na ziemi Samoa w 1787 r., Francuz Jan Francoise de la Perouse, gdy spojrzał on na miejscowych, zanotował później w swoim dzienniku: Mężczyźni mają uda pomalowane lub wytatuowane w taki sposób, że człowiek myśli, iż są odziani pomimo tego, że są całkowicie nadzy.

Wprawdzie na Samoa tak, jak i w strukturach społecznych wielu innych plemion pierwotnych, kobiety posiadają niższy status, mogą jednak zostać wytatuowane, ale forma, którą otrzymują, jest znacznie mniej misterna i odznacza się niższą finezją estetyczną. Tatuaż jest więc w tym wypadku także sposobem utrzymywania segregacji ról społecznych i hierarchii płciowej.
* * *


W przeciwieństwie do kultur typu plemiennego, gdzie modyfikacje ciała były rzeczą kolektywną i miały charakter egalitarny, we współczesnej kulturze Zachodu, są one rzeczą szczególnie identyfikowaną z kontrkulturą i ruchami subkulturowymi tj. ruch HC/punk, ruch industrialny, neopoganie, neonaziści, bojówki kibiców piłki nożnej, ruch trance etc.

Przyczyn popularności tatuaży, piercingu i skaryfikacji u tych grup, pomimo ich wzajemnej nieprzystawalności ideologicznej, należy szukać przede wszystkim w zagadnieniu tożsamości. Słowo to jest kluczowe dla poszukiwań duchowych XXI wieku, w którym atomizacja współczesnego społeczeństwa i erozja norm grupowych, wyzwala potrzebę samookreślenia i definicji własnych działań.

Pierwszym krokiem na tej drodze staje się naznaczenie swojego ciała, najbliższej każdemu sfery i jednocześnie najbardziej oczywistej granicy samego siebie, której podkreślenie tatuażem czy kolczykiem staje się tym samym, czym jest stawianie godła państwowego na granicy kraju. Jest to oznaczenie przejścia pomiędzy jednym porządkiem, a drugim – każdy z nich charakteryzuje się bowiem innymi regułami. Wykonanie modyfikacji ma też duże znaczenie jako przeżycie osobiste, jako próba bólu, w której możemy się dopatrzyć namiastki inicjacyjnych prób, dokonywanych w społecznościach pierwotnych. Są to też akty psychicznego oddzielania się od wartości etyczno-estetycznych, panujących w naszej kulturze, zdominowanych przez tradycję judeochrześcijańską.



Ortodoksyjni katolicy, krytykujący tatuaż, zazwyczaj za jego "pogańskie odniesienia", powołują się przy tym na następujący cytat z Biblii: I nad umarłym nie będziecie nacinać ciała waszego, ani znaków żadnych, ani nakłuwań na sobie czynić nie będziecie. Ja [jestem] Pan.3 Oczywiście dla jednostki wolnej od przesądów, nie ma on żadnego znaczenia, ale warto zaznaczyć fakt, iż jest to typowy przykład wiary chrześcijańskiej w tzw. "stałą tożsamość", która jako dar boski zobowiązuje człowieka, by wierny przykazaniom nie ważył się ingerować w kształt swojego ciała. W Polsce tatuaż jest zaś dodatkowym źródłem propagandy skrajnej prawicy, która wszystkie osoby nim ozdobione traktuje jak satanistów-zabójców, narkomanów, terrorystów i potencjalnych gwałcicieli.

Nie dziwi więc fakt, że pasjonaci tej najbliższej ciału sztuki są u nas często bywalcami "zamkniętych kręgów przyjaciół" i muszą cały czas uważać na potencjalne represje często będąc na ulicy obiektami najgorszych manifestacji nietolerancji, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wydarzenia takie definitywnie udowadniają też, że chrześcijaństwo nigdy nie było i nie będzie religią miłości, a wyznawcy tej religii są rozwydrzonymi dziećmi, popadającymi w emocjonalną histerię, która graniczy z długowieczną pasją do postępowania w myśl biblijnego credo: "… I nie pozwolisz żyć czarownicom".

W tym sensie każda głęboka modyfikacja ciała jest w Polsce aktem niezwykłej odwagi, a jej wykonanie musi być poparte głębokim hartem ducha. Z drugiej strony nosząc na ciele wyraźny ślad sprzeciwu wobec dominującego paradygmatu, jednostka taka stawia się na pozycji obcego i przestaje być częścią systemu społecznej hipokryzji. Dzięki temu, otwiera się na inność stając się częścią ponadnarodowego plemienia ludzi, zjednoczonych przez swoje decyzje. Symptomatyczne znaki na skórze stają się więc tym samym wartością samą w sobie i umożliwiają wytwarzanie się nowego typu zbiorowej tożsamości, opartego na modyfikacjach ciała.
* * *


Współczesne trendy i style w tatuażu dość daleko odeszły już od swoich pierwotnych form, które nazwać moglibyśmy prymitywistycznymi i geometrycznymi. Pomimo tego, że przykładowy, podręcznikowy styl, taki jak trybal, nawiązuje w założeniu do stylistyki tatuaży plemiennych, w istocie nie ma z nimi kompletnie nic wspólnego.

Formy takie, spotkać wciąż jednak można na Nowej Zelandii, Borneo, Tahiti, Samoa czy też generalnie na Wyspach Polinezji, w lasach tropikalnych Ameryki Pd i w Etiopii. Innym przykładem są wyrafinowane, kolorowe tatuaże japońskie, które jednak swoje źródło także biorą z prostych monochromatycznych form, jakie możemy dostrzec już w kulturze okresu Cro-Magnon.

Długą historię wykonywania takich tatuaży, udowodniło odnalezienie Ötzi, który nosi na swoim ciele dwa rodzaje takich wzorów. Poniżej postaram się nakreślić interpretację tych wzorów opierając się na analizie tzw. "zjawisk enoptycznych" lub inaczej fosfenów.

Interpretacja ta jest pokrewna analizie prehistorycznych malunków jaskiniowych – znaki te są jednak w istocie identyczne i uniwersalne. Pierwszą próbę ich interpretacji podjęli w 1988 r. David Lewis-Williams i Thomas Dowson, którzy w swoim artykule pisali tak: W pewnych warunkach układ wzrokowy generuje szereg świetlistych widzeń, powstających niezależnie od zewnętrznego źródła światła (…) ponieważ ich źródłem jest system nerwowy człowieka, wszyscy ludzie, którzy osiągnęli określone odmienne stany świadomości (ASC – altered states of conciousness), dostrzegają te świetliste geometryczne kształty niezależnie od swej przynależności kulturowej.

Badacze dzielą owe kształty na sześć grup. Są to:

1) krzyżujące się linie
2) grupy linii równoległych
3) kropki lub plamki
4) linie zygzakowate (łamane lub faliste)
5) grupy linii zakrzywionych
6) drobne wzorki z linii krętych lub meandrowatych


Symbole te ujawniły swoje głębokie znaczenie podczas badania żywej pamięci Indian Tukano, którzy konotują za ich pomocą fundamentalne dla swojej kultury pojęcia i wartości. Tym, który zbadał je dogłębnie, był antropolog Reichel-Dolmatoff, który widząc, iż wzory te powtarzają się w wizjach, wywołanych yaje, kazał określić ich znaczenie członkom plemienia. Okazało się, że nawet najmniejsza kreska posiada swój wewnętrzny sens, a oto znaczenia, jakie przypisują symbolom Indianie Tukano:

1.) kółka lub kropki = krople spermy
2.) faliste linie pionowe = energia słoneczna
3.) spirala = wir wodny (kazirodztwo)
4.) dwie linie, zbiegające się pod kątem ostrym = członek

Szamani Indian Jivaro, wg. Michaela Harnera, kształty swoich wizji tłumaczą zaś następująco:

1.) pozioma linia falista = wąż (anakonda)
2.) linia lub rozchodzące się linie = droga
3.) krzyż = słońce (moc)
4.) spirala = zwinięty wąż (niebezpieczeństwo)
5.) linie poziome = strzały (ochrona)

Z powyższych przykładów można bez trudu wyciągnąć wniosek, iż tatuaże, zawierające te prymitywistyczne formy, były dla ich nosicieli wnoszeniem do swojego ciała rezerwuaru duchowych wizji, który poprzez swoją moc miał chronić od niebezpieczeństw, bądź leczyć choroby. W tatuażu był więc widoczny, magiczny związek człowieka z kosmosem i światem duchów.

__________________

Szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać.






"..Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści..."
Odpowiedź z Cytatem
  #8 (permalink)  
stare 02-05-2014, 08:23
Avatar Kapsaicyna
Moderator
 
Zarejestrowany: May 2009
Skąd: Tarnów
Reputacja: 14800
Kapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond repute
Postów: 1,305
Kapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond reputeKapsaicyna has a reputation beyond repute
Domyślnie

Walka o sztukę. Relacja Artysta - Tworzywo - Dzieło w kontekście tatuażu
Autor tekstu: Jakub Ciećwierz

Od momentu gdy człowiek pierwotny zabrudził ranę sadzą z ogniska, tatuaż pełnił wiele, różnorodnych funkcji w zbiorowości ludzkiej. Trwałe wprowadzanie barwników pod skórę było wykorzystywane od wysp polinezyjskich poprzez obie Ameryki, aż po Europę. Tatuaż pełnił role magiczne, rytualne, religijne, stygmatyzujące środowiska patologiczne oraz oznaczające rangi oraz funkcje wojskowe czy klanowe. Znane były też przypadki wykorzystania tatuażu jako elementu zdobieniowego, jednak były to raczej zabiegi funkcjonalne aniżeli ściśle związane z tym jak dziś zaczynamy postrzegać tatuaże. Dobrym przykładem może być to co dziś, oglądając mumie egipskie, odczytujemy jako makijaż permanentny. O ile jeszcze w przypadku kobiet i arystokracji może to mieć jeszcze uzasadnienie, to w przypadku robotników/niewolników czy stanów niższych tatuaż w okolicach oczu służy ochronie przed odbijaniem się promieni słonecznych, a nie tylko ozdobie.

W starożytnej Japonii tatuaż całego ciała był formą buntu przeciw zakazowi ozdabiania ubiorów, czego pozostałością do dzisiaj są charakterystyczne tatuaże japońskiej mafii — yakuzy. Silnym argumentem w uznaniu Japonii jako jednej z kolebek dzisiejszego tatuażu jest niewątpliwie fakt wyzwolenia z funkcjonalizmu i marginalizacji tatuażu jako sztuki. To w Japonii tatuaż jako jedna z form sztuki wyrasta na wyznacznik i wzór dla innych dziedzin sztuki. Po wielu wyraźnych dowodach i świadectwach wzajemnego przenikania się sztuki tatuażu z japońską sztuką drzeworytniczą (ukiyo-e), w XVII wieku tatuaż zdobywa prymat i to on jest wyznacznikiem trendów i kierunków w drzeworytnictwie na terenie Japonii (A. Jelski „Tatuaż"). To właśnie ten okres jest wskazywany na początek tatuażu jako działalności artystycznej, czyli de facto rozpoczyna karierę tatuażu jako sztuki.

Dziś, zwłaszcza w kulturze zachodniej, status tatuażu jako sztuki jest dość silnie ukonstytuowany. Świadczą o tym chociażby istniejące od kilku, lub nawet kilkunastu lat muzea tatuażu, żeby wymienić kilka największych, zarówno z Europy jak i z obu Ameryk, Japonii i Antypodów: The Amsterdam Tattoo Museum, The British Tattoo History Museum, Tattoo Museum Buenos Aires, The Baltimore Tattoo Museum, Tattoo Art Museum of San Francisco, The National Tattoo Museum of New Zealand, Yokohama Tattoo Museum, Tokyo Tattoo Museum. Mimo tego, że nie zniknęły całkowicie rzemieślnicze i odtwórcze tendencje w tatuażu, to nawet tatuaże więzienne, powoli przeistaczają się z czysto symbolicznej i oznaczającej rangę funkcji w nastawione na estetykę i indywidualność prawdziwe dzieła sztuki. W związku z „usztukowieniem" się tatuażu warto zwrócić uwagę na relację między artystą a dziełem sztuki, ze zwróceniem szczególnej uwagi na materiał jaki jest obiektem działań tatuażysty.

Definiowanie sztuki to trochę ryzykowne przedsięwzięcie. Mimo wszystko, żeby uporządkować tekst warto choćby spróbować opisać sztukę i artystę jako pojęcia. Muszę zaznaczyć, że definicje które podam są moimi własnymi (oczywiście nie bez wpływów zewnętrznych idei). Sztuka jest prywatnym, osobistym i indywidualnym sposobem komentowania, interpretowania lub naśladowania rzeczywistości poprzez odczucia wewnętrzne przy pomocy talentu, umiejętności lub/i narzędzi. Artysta jest takim komentatorem; dzieło sztuki to efekt tego komentarza. Wiem, że definicja ta jest bardzo pojemna i gdybyśmy chcieli, moglibyśmy każdego człowieka nazwać artystą, a każde życie sztuką czy dziełem sztuki. Ale to tylko potwierdza powiedzenie że „życie jest sztuką". Jako widzowie czy krytycy sztuki, musimy z tego wielkiego tygla życia wyłowić perełki, zjawiska, które z tej zwykłej działalności każdego z nas, wybijają się i zmuszają poprzez swoje oddziaływanie do zachwytu czy zadumy. Czasem wystarczy tylko to, że na nie reagujemy.

Gdy mówimy o tatuażu, to napotykamy na pewne problemy, można by powiedzieć natury formalnej. O ile kwestie dzieła sztuki, czyli gotowego tatuażu można uznać za unormowane, o tyle, że gotowy tatuaż może być za nie uznany, to odpowiedź na pytanie — kto jest w tej materii artystą: tatuażysta czy tatuujący się — stanowi już nie mały dylemat. Mam nadzieję, że poniższy tekst choć w części rozwiąże problem artysty w kontekście tatuażu, jak i wskaże na ważne przesłanki, zachęcające do bliższego przyjrzenia się fenomenowi dzisiejszego tatuażu. Poruszę tutaj też kwestię relacji twórcy — tworzywa i dzieła oraz wpływu tatuażu na tożsamość i osobowość człowieka.
Dialog Artysty z Tworzywem

Mógłbym tu mówić tylko o skórze jako tworzywie, ale tak naprawdę przecież rolnik nie uprawia kamyków i gleby tylko ziemię, tak tatuażysta nie działa tylko na skórę i pory, ale na człowieka jako całość. Pierwszym stopniem w powstawaniu tatuażu jest zawsze idea. Powstaje ona w głowie tatuowanego, który z różnych i w pełni osobistych lub środowiskowych przyczyn, podejmuje decyzję o pokryciu swojego ciała tatuażem. W przypadku tatuażu wymuszonego środowiskowo, nie ma zbyt dużej dozy inwencji artystycznej ani ze strony tatuowanego jak i ze strony tatuażysty. Dlatego też taki rodzaj tatuażu nie może być obiektem rozważań o sztuce, gdyż jest on zwykłym piętnem, podobnym do znakowań bydła na Dzikim Zachodzie. Tak jak nigdy nie nazwiemy nawet cudownie pokolorowanej książeczki dla dzieci dziełem sztuki tak nie można przypisywać każdej działalności tatuażysty rangi artystycznej. Tatuaż środowiskowy jest reprodukcją, kolorowanką. Czasem nabiera on w połączeniu z osobowością osoby wytatuowanej pewnej wartości, ale jest on wtedy tylko dodatkiem, a nie niesie sam z siebie żadnych wartości estetycznych.

Istnieje jednak pokaźny i ciągle się rozwijający prąd tatuażu prawdziwie artystycznego. W tym nurcie tatuaż powstaje w dyskursie między tatuażystą a Tworzywem (człowiekiem). Unikalność tej sytuacji polega między innymi na tym, że tatuażysta, którego można również swobodnie uznać za rzemieślnika, jest tylko częścią zjawiska, które w procesie powstawania dzieła sztuki nazywa się artystą. Drugą połówką tej twórczej pomarańczy jest tworzywo, czyli człowiek, który przychodzi żeby zamienić część swojego ciała, a pośrednio także samego siebie, w dzieło sztuki. Jest to ewidentnie sztuka kompromisowa, powstała w wyniku bardzo wyraźnych negocjacji pomiędzy rzemieślnikiem, Tworzywem a jego uwarunkowaniami i ograniczeniami fizycznymi i psychicznymi. Tworzeniu tatuażu towarzyszy nieodłącznie ból fizyczny, który ma niebagatelny wpływ na powstające dzieło. To właśnie ból często decyduje o formie tatuażu, jego wielkości, lokalizacji i kolorystyce, a niekiedy ma decydujący wpływ na samą decyzję o jego powstaniu. Dopiero w wyniku starcia się umiejętności, doświadczenia, talentu oraz świadomości rzemiosła z osobowością, intencjami, światopoglądem i kondycją psychofizyczną Tworzywa powstaje tatuaż, który można nazwać dziełem sztuki.
Gdy Tworzywo staje się Dziełem

Tatuaż wychodzący jako kompletne dzieło spod narzędzia tatuażysty, tak naprawdę dopiero zaczyna swoją drogę jako przejaw sztuki. Teraz następuje krótki okres oswajania się dzieła z Tworzywem, który powszechnie nazywany jest po prostu gojeniem się tatuażu. Tutaj już tylko osoba wytatuowana ma wpływ na ostateczny obraz tatuażu. Rola tatuażysty jest od tego momentu tylko rolą doradczą lub ewentualnie służy jako serwis gwarancyjny, w przypadku błędów „produkcyjnych", jednak nie można całkowicie wyciąć go z procesu tworzenia dzieła. Tatuażysta jest bowiem kluczowym i niezbędnym ogniwem w procesie syntezy Artysta-Tworzywo-Dzieło (w jednym specyficznym przypadku, proces ten ulega jak gdyby stopnieniu; następuje to, gdy tatuażysta tworzy tatuaż na sobie samym).

W wyniku nieprawidłowej pielęgnacji lub zwykłego odrzucenia barwników, tatuaż może stać się zwykłą plamą, czy też zupełnie nie przypominać pierwotnie zakładanej formy. Gojenie się jest nierozerwalnym zjawiskiem wewnątrz procesu, w wyniku którego Tworzywo staje się Dziełem. Można to porównać do wysychania farby na płótnie, czy wypalania glinianej rzeźby w piecu. W obu przywołanych porównaniach jest jednak pewne ograniczenie, które bardzo utrudnia lub wręcz uniemożliwia modyfikację gotowego dzieła. Wynika to z tego, że materiał, na którym, lub z którego powstają te przedmioty jest nieorganiczny.

W przypadku tatuażu mamy do czynienia z tworzywem organicznym, ale także, a może przede wszystkim świadomym. Tutaj Tworzywo buduje kontekst Dzieła. Nie rzeczywistość, widz, krytyk czy kurator, a właśnie Tworzywo. Dlaczego upieram się przy tezie, że tak naprawdę tutaj sam wytatuowany człowiek może być dziełem sztuki. Wiąże się to z przytoczoną wcześniej definicją sztuki. Tatuaż artystyczny jako dzieło sztuki jest pewnym komentarzem rzeczywistości, odzwierciedleniem osobowości artysty, który jest częściowo swoim Tworzywem i poprzez to sam staje się Dziełem. Jeśli by kontynuować tok myślenia o kontekstach, to gdy Tworzywo staje się Dziełem, w przypadku tatuażu mamy do czynienia z dość specyficznym przypadkiem, gdy to samo dzieło buduje swój kontekst.
Dzieło wyzwolone?

Można by się pokusić o pewne dość karkołomne, ale chyba przejrzyste porównanie. Takie formy sztuki jak happening czy performance są budowane na chwilowych kontekstach okoliczności społecznych czy obyczajowych, często wiążą się z cielesnością; artysta poprzez te formy wyraża sam siebie, jednak jest to dość efemeryczne i przez to dość nietrwałe. Tatuaż jest takim właśnie performancem, jednak jest on trwały, jest częścią artysty i istotą działań artystycznych. Właśnie dzięki byciu tą specyficzną i trwałą syntezą Artysty-Tworzywa-Dzieła, tatuaż może sam tworzyć swoje konteksty. Jest on, lub może być, właśnie dzięki kontekstom, deklaracją, protestem, manifestem lub zwykłą piękną ozdobą. Często jest też pewną formą uzupełnienia się osoby czującej pewien brak, niekompletność. Niekoniecznie musi on wynikać z kompleksów, urazów czy zaburzeń osobowości. Sam proces tworzenia tatuażu, poza samym efektem, może być poprzez ból, swoistym katharsis, oczyszczeniem poprzez cierpienie. Taka postawa często wiąże się z jednymi z najlepszych możliwości sprawdzenia się tatuażysty, gdyż samo Tworzywo minimalizuje swoje intencje jedynie do lokalizacji wzoru, celem zmaksymalizowania odczuć.

Czy jednak tatuaż jako dzieło można rozpatrywać samodzielnie, jako zjawisko oderwane od jego twórcy? Czy można wyjąć tatuaż z jego naturalnego kontekstu, jakim jest triada Artysta-Tworzywo-Dzieło? Takimi próbami są wspomniane na wstępie, powstające na całym świecie muzea tatuażu. Jednak nie można lub jest niezwykle trudno przekazać tatuaż jako sztukę w oderwaniu chociażby od ciała ludzkiego jako całości, które nadaje wzorowi charakteru, kształtu. Oderwane od cielesności motywy staja się tylko dekoracją; wyjęcie tatuażu z kontekstu zabiera mu tę nieuchwytną właściwość indywidualizmu, odzwierciedlenia osobowości i wyjątkowości. Tak naprawdę to intencje powstania tatuażu, powody jego ekspozycji na ciele i kryjąca się za nim żywa, posiadająca świadomość i poglądy osoba stanowią o jego sile jako dzieła sztuki.

Wpływ Dzieła na Tworzywo

Ciekawym zjawiskiem w kwestii tatuażu jest jego wpływ na osobę wytatuowaną. Jest to proces, który można nazwać wpływaniem stworzenia na stwórcę. Tatuaż jako jeden z najbardziej powszechnych sposobów modyfikacji ciała, w swojej artystycznej odmianie, w większości przypadków pomaga w otwarciu się na inność i zwiększa tolerancję. Działają tutaj bardzo proste mechanizmy, do odczytania których nie potrzebne są żadne specjalistyczne narzędzia czy wykształcenie. Osoba poddająca się modyfikacji własnego ciała zyskuje świadomość możliwości zmian. Nie postrzega już siebie ani innych jako trwałe i niezmiennie jednostki. Nabiera przekonania i pewności, że cielesność jest tylko szatą, ubiorem, który można zmieniać, dekorować czy modyfikować na dużą ilość sposobów; że tak naprawdę, to nie to jak człowiek wygląda jest ważne, ale to, czy jest w stanie rozpoznać samego siebie i innych poprzez czy mimo ciała. To właśnie jest proces, który jest największą szansą, ale też dość sporym wyzwaniem stojącym przed tatuażem i modyfikacjami ciała w ogóle. Zaraz za uprzedmiotowieniem ciała i wzrostem tolerancji względem inności, idzie pewna forma uzależnienia od zmian. Człowiek do tego stopnia oswaja się ze swoim ciałem jako Tworzywem, że szuka ciągle sposobów na jego upiększenie, zwiększenie funkcjonalności czy wtopienie się w trendy.

To właśnie z takimi problemami musi się zmagać tatuaż jako forma artystyczna. Dzięki zejściu z drogi funkcjonalizmu, wyrzekł się czysto użytkowej, dekoracyjnej czy obrzędowej roli i wślizgnął się na podnóżek piedestału, na którym stoi wielka sztuka. Dziś tym, co może, i w pewnym stopniu już to robi, zabić lub zbagatelizować tatuaż artystyczny jest tzw. „rozpasana" konsumpcja i kultura jednorazówek. Tatuaż ze sztuki lub jak kto woli, rzemiosła artystycznego, stanie się zwykłą działalnością usługową pozbawioną osobowości i głębokiego namysłu nad każdym projektem. Tatuaż z wyrazu światopoglądowego, manifestacji nonkonformistycznej stanie się stygmatem najnowszej, chwilowej mody. Tatuaż ze świadomej, przemyślanej i osobistej ekspresji stanie się chwilowym wybrykiem motywowanym kaprysem, którego żałujemy całe życie lub wydajemy małe fortuny, aby go usunąć, czyli przekształcić w bladą bliznę. Całe szczęście, że są jeszcze miejsca, w których katalogi z tatuażami wskazują na to czego się już nie tatuuje, a tatuażyści są artystami: malują, rysują po czym biorą maszynkę do tatuowania i dla nich ma znaczenie co i komu tatuują. Uważam, że takie miejsca będą funkcjonować dopóki będą ludzie dla których tatuaż jest nie tylko ozdobą, ale też osobistym, indywidualnym sposobem wyrażania siebie; dla których tatuażysta nie jest rzemieślnikiem ale swoistym powiernikiem i wspólnikiem w komentowaniu rzeczywistości; dla których posiadanie tatuażu to manifest i stały element oswojonej cielesności a nie dekoracja na szlafroku...
__________________

Szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać.






"..Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści..."
Odpowiedź z Cytatem
Odpowiedz

Tagi
była, ciała, głowie, implantów, jestem, kosztują, które, moneta, największy, plemie, pomysł, przez, razie, roku, skóry, sobie, stanie, stronie, strony, sutki, trójwymiarowe, wpadka, wypadki, zawsze, śmierci


Użytkownicy aktualnie czytający ten temat: 1 (0 użytkownik(ów) i 1 gości)
 
Narzędzia wątku Przeszukaj ten temat
Przeszukaj ten temat:

Zaawansowane Wyszukiwanie
Wygląd

Zasady Postowania
Nie możesz zakładać nowych tematów
Nie możesz pisać wiadomości
Nie możesz dodawać załączników
Nie możesz edytować swoich postów

BB Code jest włączony
Emotikonywłączony
[IMG] kod jest włączony
HTML kod jest włączony
Trackbacks are włączony
Pingbacks are włączony
Refbacks are włączony

Skocz do Forum


Bestiarium